30 stycznia 2026

Dlaczego wszystkich nie mozna uratować

 

Dlaczego wszystkich nie można uratować

Ludzie są jak statki tonące tej samej nocy

Ale każdy ma inną dziurę w kadłubie

I inny kierunek wiatru w żaglach

Jedni toną

Bo wierzą, że skały to miłość

Inni, bo nie potrafią puścić steru

Jeszcze inni

Bo wypili morze zamiast z niego pić

Czasem ratujesz jednego

A drugi w tym samym momencie sam sobie wbija nóż głębiej

Patrząc ci prosto w oczy

Czasem wyciągasz rękę i ktoś ją odgryza

Nie z głodu

Tylko żeby udowodnić, że nie jest do uratowania

Niektórzy nie chcą ratunku

Bo ratunek smakuje jak odpowiedzialność

A oni wolą słodką gorycz swojej własnej klęski

Inni już dawno wybrali bycie falą

A nie rozbitkiem

Uderzają w innych

Żeby nie czuć, jak sami pękają

A ty stoisz na brzegu z liną w zsiniałych dłoniach i patrzysz

Jak jedni płyną

Jak inni idą na dno śpiewając

A jeszcze inni po prostu przestają machać

I wtedy rozumiesz

Najtrudniejsza prawda brzmi tak

Nie wszystkich da się uratować

Bo nie wszyscy chcą być ocaleni z samych siebie

Czasem jedyne, co możesz zrobić

To nie dać się utopić razem z nimi

A to już jest bardzo dużo

 

Czarny dym w samochodzie

 

Czarny dym w samochodzie

To wydarzyło się w roku 2010. Jesiennym popołudniem. Służbowym Oplem Astra 1.7 CDTI sunąłem lewym pasem autostrady z Jeleniej Góry w stronę Katowic z prędkością, jakiej normalnie unikałem. 170–180 km/h. Nie było to jakieś szaleństwo, ale zdecydowanie więcej, niż lubiłem. Tego dnia jednak spieszyłem się. Nie jakoś tak bardzo, ale wystarczająco, żeby licznik nie chciał spaść poniżej 170. Warunki na drodze były idealne. Sucha nawierzchnia, mały ruch, silnik mruczał równo, radio cicho grało. Droga płynęła szybko, kilometry znikały niemal niezauważenie. Zjazd na Gliwice-Zabrze minąłem, nawet nie rejestrując dokładnie momentu. Jeszcze kilka minut spokojnej jazdy lokalną drogą… i nagle  bez żadnego ostrzeżenia, bez zapachu spalenizny, bez migających lampek, bez czegokolwiek  wnętrze samochodu wypełnił czarny, gryzący dym.

To nie było trochę dymu. To nie wyglądało jak coś się przypala. To była czysta, gęsta, oleista czerń, która  wylewała się ze wszystkich nawiewów naraz. Jakby ktoś wcisnął przycisk uwalniający dym z komina. W ułamku sekundy przestałem widzieć drogę. W następnej sekundzie zobaczyłem lekkie płomienie ognia wydobywające się z nawiewu po stronie pasażera.

Czas zwolnił. Serce wbiło mi się w gardło. Adrenalina w jednej chwili zalała całe ciało. Wiele lat pracy w Policji, liczne szkolenia, doświadczenie, a przede wszystkim spokój i opanowanie spowodowały, że nie wpadłem w panikę. Zrobiłem dokładnie to, co w tamtej chwili wydawało się jedynym logicznym ruchem.

Zatrzymałem samochód, odpiąłem pas bezpieczeństwa, wyjąłem kluczyk ze stacyjki i wyszedłem z auta. Z pod maski leciała już czarna chmura.

Nie wymyślałem wtedy żadnych scenariuszy. Nie analizowałem. Działałem jak na autopilocie, który  jak się okazało  ktoś kiedyś bardzo mądrze zaprogramował w mojej głowie.

Z bagażnika wyjąłem gaśnicę 2 kg., która zawsze  tam była. Uderzyłem ją  o asfalt  delikatne, ale pewnie  żeby proszek się rozluźnił. Ponownie otwarłem drzwi od strony kierowcy. Dym buchnął mi prosto w twarz. Wciąż widziałem płomień w wywiewie. Na szczęście nie rozprzestrzeniał się dalej. Waham się może z pół sekundy, ale szybko położyłem dłoń na dźwigni otwierającej maskę i pociągnąłem ją. Następnie uchylam maskę tylko na kilka centymetrów – tyle, żeby gaśnica mogła wejść, a ogień nie dostał nagle tlenu jak przez otwartą bramę. Kilka krótkich serii proszku z gaśnicy wystarczyło i czarny dym zrobił się najpierw biały, a potem szary.

Przez chwilę zrobiło się cicho. Dopiero teraz dotarło do mnie jaki to dziwny i przerażający dźwięk rozchodzi się kiedy pali się silnik w samochodzie. Stałem tak jeszcze chwilę, trzymając gaśnicę jak coś co właśnie uratowało mi życie. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do mnie, że oddycham bardzo szybko i że ręce mi się trzęsą. Potem to już standard. Wezwałem pomoc drogową. Zgłosiłem szkodę do PZU. Samochód zabrano na lawetę, a ja bezpiecznie dotarłem do domu taryfą.

Kiedy już trochę ochłonąłem. Kiedy siedziałem bezpiecznie  w wygodnym fotelu ze szklaneczką whisky w dłoni dopiero wtedy dotarło do mnie co tak naprawdę się wydarzyło i jak to mogło się skończyć.

Gdybym jechał dalej autostradą… Gdyby ogień wyskoczył kilka minut  wcześniej, przy 180 km/h… Gdyby dym wypełnił kabinę przy tej prędkości i np. straciłbym przytomność… Gdyby gaśnica nie leżała w bagażniku… Gdybym nie wiedział, że trzeba uderzyć nią o ziemię… Gdybym spanikował i nie odpiął pasa…Gdyby auto wybuchło…

Mogłem skończyć jako spalony trup na środku autostrady. Mogłem skończyć jako nagłówek w lokalnych wiadomościach: Pożar samochodu na A4 – jedna ofiara. Mogłem po prostu już nie wrócić do domu.

A jednak wróciłem. Sam zatrzymałem auto. Sam się z niego wydostałem. Sam otworzyłem maskę. Sam ugasiłem pożar.  Sam zadzwoniłem po pomoc drogową.  Sam dojechałem do domu.

Teraz dopiero  dotarła do mnie pełna skala tego, co się wydarzyło.

I wtedy, po raz kolejny poczułem coś, co trudno nazwać inaczej niż wdzięcznością wobec kogoś,  albo czegoś, co również tego dnia wyraźnie nie chciało, żebym zginął.

Bo szanse, żeby wszystko potoczyło się dokładnie tak, a nie sto razy gorzej, były naprawdę małe. A jednak pomimo realnego zagrożenia utraty mojego życia wszystko skończyło się dobrze.

25 stycznia 2026

Medytacja

 

Medytacja

Siadasz

Nie po to, żeby coś osiągnąć

Raczej po to, żeby przestać gonić

Oddech robi się nagle widoczny

Jakby ktoś cicho włączył światło w najdalszym pokoju twojej głowy

Myśli przychodzą

Niektóre głośne jak sąsiedzi o trzeciej nad ranem

Inne ciche, szybkie, jak biegające myszy po suficie

Nie walczysz z nimi

Nie karmisz ich

Po prostu patrzysz, jak przechodzą

Czasem jest tak cicho

Że słyszysz bicie własnego serca i nagle rozumiesz

To nie metronom

To ty wciąż tu jesteś

Ciało narzeka

Plecy, kolana, lewa kostka, kręgosłup

Dajesz im chwilę na marudzenie

A potem wracasz do oddechu

Jak do starego cierpliwego przyjaciela

Który nigdy nie pyta

Gdzie byłeś?

Nie ma celu

Nie ma mety

Jest tylko to jedno miejsce

Tu, teraz

W środku wdechu

Zanim wydech zdąży się zacząć

I przez ułamek sekundy nie jesteś kimś

Kto coś musi

Kto kogoś zawiódł

Czegoś nie zdążył

Jesteś po prostu tą przestrzenią

W której wszystko się pojawia i znika

Siadasz jeszcze raz

Jutro

I pojutrze

Nie dlatego, że stało się lepiej

Tylko dlatego, że warto czasem posiedzieć z kimś

Kto nigdy nie odchodzi

Z samym sobą

Gdy wstaniesz

Nie zabierasz spokoju do kieszeni

Zabierasz za to pamięć

I zrozumiesz

Że potrafisz na chwilę przestać walczyć z tym

Co i tak nie da się pokonać na stałe

To wystarczy

Dlaczego wszystkich nie mozna uratować

  Dlaczego wszystkich nie można uratować Ludzie są jak statki tonące tej samej nocy Ale każdy ma inną dziurę w kadłubie I inny kieru...