Zjawa na Fazańcu
Było to kilka dni temu dokładnie 27 stycznia 2026 r. wracałem z Siemianowic Śl. na Bańgów skrótem przez Fazaniec. Była godzina 21.20, może 21.30. Zima jak wiemy w tym roku jest bardzo mroźna, a do tego było jeszcze wietrznie więc zimno nie sprzyjało aby iść na piechotę, ale autobusu nie było, a mnie nie chciało się czekać. Padał do tego lekki śnieg, a latarnie na całej długości alei ledwo co oświetlały drogę. Kiedy mijałem ledwo widoczne ruiny na skraju lasku po prawej stronie pozostałości dawno już zapomnianych zabudowań poczułem jakiś wewnętrzny lęk. Nigdy wcześniej nic takiego nie przeżyłem. Normalnie nie wiadomo dlaczego, ale nagle ogarnął mnie strach. Zacząłem niepewnie rozglądać się dookoła i w pewnej chwili wydawało mi się, że coś mignęło w głębi, może 20–30 metrów ode mnie. Zatrzymałem się i zacząłem wypatrywać. Zauważyłem, że stała tam postać. Kobieta. Cała w bieli, ale nie jak w horrorach. Ubrana była w taką jakby w długą, starą koszulę nocną albo w halkę. Stała bokiem, trochę pochylona, patrzyła w kierunku pobliskiego pola. Nie ruszała się. Nie miałem latarki więc widziałem ją tylko w tym słabym, szarym świetle odbitym od śniegu. Stałem może ze 20 sekund i nic. Żadnego dźwięku, żadnego kroku. Po prostu stała jakaś kobieta. Nie zdziwiło mnie to, że tam stoi. Wiele razy widziałem różnych ludzi w różnych godzinach. Biegacze, spacerowicze, psiarze. Zdziwiło mnie jak była ubrana. Ja w zimowej kurtce, czapce szaliku i rękawicach trząsłem się z zimna, a ona była tylko w koszuli. Patrzyłem tak przez chwilę kiedy ta kobieta bardzo powoli zaczęła się odwracać w moją stronę. Nie szła. Ona jakby sunęła. Włosy miała długie, ciemne, rozwiane. Serce mi waliło, ale nie uciekałem od razu, bo… sam nie wiem, ciekawość czy głupota, a może po prostu bałem się ruszyć. Jak się odwróciła całkowicie twarzą do mnie, to po prostu zniknęła. Nie rozpłynęła się jak dym. Po prostu w ułamku sekundy już jej nie było.
Kiedy doszedłem do osiedla strach minął i zacząłem myśleć zupełnie inaczej. Stwierdziłem, że pewnie to wszystko mi się przewidziało gdyż byłem mocno zmęczony. Faktycznie ostatnie dwie noce spałem tylko po dwie może trzy godziny. Po kilku dniach zupełnie zapomniałem o tym zdarzeniu.
Pod koniec stycznia około 21:40 znowu tak się złożyło, że z Centrum Siemianowic wracałem do domu. Miałem jechać autobusem, ale okazało się, że najbliższy będzie za 56 minut. Nie zastanawiając się postanowiłem iść na pieszo oczywiście przez Fazaniec. Kiedy zbliżałem się do ruin było już kilka minut po 22 godzinie. Oczywiście natychmiast przypomniało mi się zdarzenie z kobietą w długiej białej sukni. Pomyślałem jednak, że pewnie wtedy to było jakieś przewidzenie. Najważniejsze, że tym razem nie czułem żadnego lęku, żadnego strachu. Kiedy minąłem już ruiny leśniczówki odetchnąłem jednak z ulgą. W tym samym momencie poczułem na karku jakiś zimny oddech… Tak zimny oddech i…Ja słyszałem oddech, a właściwie… jakby ktoś ciężko dyszał. Odwróciłem się i… Z przerażenia przewróciłem się na drogę. Nade mną stała kobieta w białej halce z długimi czarnymi włosami i patrzyła na mnie. Ta sama co poprzednim razem. Jej wzrok był przerażający. Panicznie się bałem Kobieta nic nie mówiła tylko patrzyła tym przeszywającym wzrokiem. Nie wiem jak długo to trwało. Dla mnie wieczność. W pewnej chwili z jej gardła wydobył się przeraźliwy nienaturalny krzyk, a jej twarz w sekundzie zbliżyła się do mojej. Poczułem nieprzyjemny oddech i…
Kiedy ocknąłem się kobiety nie było. Wstałem i pełen paniki biegłem co sił w nogach w stronę osiedla. Gdy byłem już na osiedlu to spojrzałem na zegarek, który wskazywał 22,47. Pomyślałem, że przez jakiś czas leżałem na drodze. Pewnie ze strachu straciłem przytomność.
Kilka następnych dni chodziłem jak struty. Nie dawało mi to wszystko spokoju. Dwa razy nie mogło mi się przecież przewidzieć. Zresztą to ostatnie to było coś przerażającego i z pewnością przewidzenie to nie było. Od wielu lat chodziłem na Fazaniec i to w różnych godzinach, ale nigdy nic mi się tam nie przytrafiło. A teraz…Cały czas miałem w głowie ten krzyk, ten oddech, tę twarz zbyt blisko mojej. W końcu, może z desperacji, a może żeby udowodnić samemu sobie, że nie zwariowałem, postanowiłem poszukać czegokolwiek o tych ruinach leśniczówki na Fazańcu.
Zacząłem od starych map w necie, potem przejrzałem fora lokalne, grupy na Facebooku typu „Siemianowice sprzed lat”, w końcu dotarłem do kilku pożółkłych skanów z gazet z lat 70. i 80. I wtedy coś znalazłem.
27 stycznia 1976 roku – dokładnie 50 lat wcześniej w lesie przy Fazańcu, kilkaset metrów od ruin obecnej leśniczówki, znaleziono ciało 41-letniej kobiety. Zmarła od ciosu tępym narzędziem w tył głowy. Zbierała grzyby późną jesienią, ale wtedy akurat spadł pierwszy śnieg. Sprawca nigdy nie został oficjalnie ustalony, sprawa się przedawniła. Ale w jednej z notatek na zapomnianym forum genealogicznym ktoś (nick „StaryDąb68”) ktoś napisał w 2018 roku:
„Mój wujek opowiadał, że to był kuzyn ówczesnego leśniczego, ten co pił i bił żonę. Podobno tamtego dnia pokłócił się z jakąś babą, która przyszła pyskować, że zabrania jej zbierania grzybów w pobliżu. Podobno walnął ją siekierą w potylicę, a potem zaciągnął do starej ziemianki i zakopał. Leśniczy odkrył co się stało, ale krył go bo to przecież rodzina. Ciała nigdy nie odnaleziono oficjalnie, tylko jakieś kości w latach 90, ale milicja wtedy już nie drążyła.
Data wpisu: 12 listopada 2018. A potem dopisek od innego użytkownika: „ babcia mówiła, że ta kobieta miała na imię Zosia i zawsze chodziła w długiej białej koszuli nocnej pod płaszczem, bo była chorowita i ciągle marzła. Nawet latem.
27 stycznia 2026 było dokładnie półwiecze od jej śmierci.
Może dlatego w tych dniach się pojawiła. Nie wiem, ale na pewno wieczorem już nigdy tamtędy nie będę chodził.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz