11 czerwca 2025

Cisza pod falą

 

Cisza pod falą

Miałem wtedy trochę ponad dwadzieścia lat. Jeszcze młody, jeszcze niezatrzymany przez życie, ale już z bagażem, który nosiłem cicho i głęboko, jak kamień w kieszeni. Matka pojechała nad morze, więc pewnego dnia wsiadłem do nocnego pociągu i ruszyłem w jej ślady. Chciałem ją odwiedzić, tak po prostu, bez zapowiedzi. Może z tęsknoty, a może z jakiegoś innego powodu, którego wtedy jeszcze nie umiałem nazwać. W przedziale pociągu spotkałem ludzi, których imion nie pamiętam, ale których śmiech i butelki w dłoniach pamiętałem długo. Piliśmy piwo, gadaliśmy, śmialiśmy się, czasem milczeliśmy razem. Nie spałem ani minuty. Noc rozciągnęła się jak guma, a świt przyszedł nagle — bladym światłem, które przesączało się przez szyby, zwiastując zbliżające się wybrzeże.

Kiedy wysiadłem, zamiast od razu jechać do matki, poszedłem na plażę. Wybrzeże było puste i senne. Piasek chłodny, powietrze rześkie, a morze… Morze wyglądało jak obietnica — niepokojąco spokojna. Zdjąłem koszulkę, buty, spodnie. Wszedłem do wody jak do basenu. Byłem pewny siebie — przecież dobrze pływałem, a do tego byłem ratownikiem. Ale…nigdy wcześniej nie pływałem  w morzu.

Najpierw było lekko, cicho, błogo. Potem fale stały się wyższe, a brzeg coraz bardziej odległy. Przyszedł moment, kiedy zawróciłem. I wtedy zaczęło się.

Moje ciało traciło siły szybciej, niż powinno. Każdy ruch był jak przecinanie gęstego powietrza. Fale waliły w twarz. Morze — spokojne jeszcze chwilę wcześniej — zaczęło mnie wciągać, jakby chciało zatrzymać. A potem skurcz w nodze. Najpierw lekki, potem ostry jak nóż.

Nie spanikowałem. Jeszcze nie.

Ale kiedy zacząłem znikać pod wodą, kiedy do ust wdzierała mi się słona woda, a płuca prosiły o tlen, zrozumiałem, że naprawdę może być bardzo niedobrze, że mogę z tego nie wyjść cało.  I wtedy... usłyszałem coś.

Nie jestem pewien, czy to głos, myśl, szept, wspomnienie. Ale z pewnością było to czyjeś i wyraźne:

„Spokojnie. Dasz radę. Nabierz powietrza i płyń pod wodą – dopłyniesz.”

Zrobiłem dokładnie tak. Zanurkowałem, jakby ktoś prowadził mnie za rękę. Płynąłem, nie wiedząc, ile zostało mi sił, ani jak daleko jest brzeg. W ciszy pod powierzchnią czułem się… spokojny. Jakbym nie był sam.

Kiedy w końcu dotknąłem piasku pod stopami i wygramoliłem się  na brzeg, nie uniosłem pięści w górę. Nie zapłakałem. Po prostu wstałem, wytarłem się z soli i piasku, i poszedłem. Nawet nie opowiedziałem nikomu o tym, co się stało.

Przez długi czas nie myślałem o tym. Wróciłem do życia, jakby nic się nie wydarzyło.

Dopiero po latach, kiedy znów coś się zawaliło, kiedy znów poczułem się sam i zagubiony — przypomniał sobie ten głos. I pomyślał o swoim ojcu. Tym, który odszedł zbyt wcześnie. Który zostawił pustkę i pytania, na które nigdy nie otrzymałem jasnej odpowiedzi.

I wtedy przyszła do mnie cicha myśl:

„Może on czuwa. Może czuje się winny. Może w tamtej wodzie... to był on.”

Nie wiedziałem. I nigdy nie będzie wiedział na pewno.

Ale za każdym razem, gdy życie znów zaczynało mnie wciągać pod powierzchnię — przypominałem sobie tamto jedno zdanie:

„Spokojnie. Dasz radę”

Więc dawałem i dalej daję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie szukam juz drogi

  Nie szukam już drogi Nie szukam już drogi, nie dlatego, że jej nie ma Lecz dlatego, że przestałem wierzyć Że ktoś może znać ją lepie...