11 czerwca 2025

Światło na torach

 

Światło na torach

Miałem wtedy może dwadzieścia lat. Była noc, głęboka i cicha, a miasto zdawało się śnić pod miękkim światłem latarni. Ja i mój kuzyn wałęsaliśmy się po pustych ulicach, choć ciężko było ukryć, że w naszych krokach słychać było zbyt wiele alkoholu. Każdy krok był lekko niepewny, a śmiechy powoli cichły w powietrzu. W końcu znaleźliśmy się na torach tramwajowych. Zmęczeni i rozbawieni, szliśmy wzdłuż szyn, nie zważając na ryzyko. Nagle przewróciłem się. Wszystko zrobiło się ciemne i puste — jakby ktoś wyciągnął mnie z tej rzeczywistości. Zawiesiłem się między snem a jawą. I wtedy zobaczyłem to światło. Dalekie, ale pewne. Zbliżało się, pulsowało mocą, której nie potrafiłem pojąć. Światło, które miało nadejść i przynieść koniec. Nie było to bowiem światełko w tunelu. To tramwaj z impetem zbliżał się coraz szybciej. Ale nim zdołał mnie dosięgnąć, poczułem coś — niewidzialną rękę, delikatny, lecz zdecydowany chwyt, który oderwał mnie od torów. Leżałem na poboczu, oszołomiony, a tramwaj przesunął się obok, niemal dotykając mnie swoim metalowym cieniem. Powietrze drżało od bliskości niebezpieczeństwa, a ja zacząłem rozumieć — ktoś, coś, nie pozwoliło mi odejść tej nocy. W moim sercu zrodziło się ciepło, ciche i trwałe, jak obietnica, że nie jestem sam. Ta noc stała się dla mnie znakiem — świadectwem opieki niewidzialnej siły, która czuwa nad moją drogą, nawet gdy sam jej nie dostrzegam.

Od tej chwili zacząłem słuchać ciszy między dźwiękami, szukać świateł w mroku i wierzyć, że życie, choć kruche, jest pełne tajemniczych strażników, którzy nigdy nie pozwolą nam upaść na zawsze.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie szukam juz drogi

  Nie szukam już drogi Nie szukam już drogi, nie dlatego, że jej nie ma Lecz dlatego, że przestałem wierzyć Że ktoś może znać ją lepie...