Mroczna kastanieta, której nie kupuje się za pieniądze
Do Hiszpanii nie poleciałem na wakacje. Nie było w tym ani słońca, ani beztroski. Pojechałem z obowiązku. Mój wujek od lat mieszkał w małym miasteczku niedaleko Walencji, a kiedy zachorował na nowotwór, nie miał tam nikogo bliskiego. Spakowałem więc walizkę i na kilka miesięcy przeniosłem swoje życie do jego skromnego domu z jasnymi okiennicami. Woziłem go do szpitala na chemioterapię. Siedziałem godzinami na twardych plastikowych krzesłach w korytarzach pachnących środkami dezynfekującymi. Gotowałem mu lekkie zupy, pilnowałem leków, sprzątałem, podlewałem ogród. Patrzyłem, jak z tygodnia na tydzień gaśnie. Hiszpania, która w folderach turystycznych wygląda jak pocztówka, dla mnie była wtedy cieniem i zmęczeniem.
To właśnie w jeden z tych dni – ciężkich, dusznych, przesiąkniętych zapachem szpitala natrafiłem na ten instrument. Wujek spał po chemii, a lekarz powiedział, że najbliższe godziny i tak miną w półśnie. Wyszedłem więc, żeby zaczerpnąć powietrza. Szedłem bez celu, wąskimi uliczkami starej części miasteczka. Kamienice niemal stykały się balkonami, a między nimi wisiało pranie, które falowało jak ciche flagi.
W pewnej chwili skręciłem w jedną z uliczek – tak wąską, że dwie osoby z trudem mogłyby się minąć. Powiedziałbym, że to był przypadek. Że po prostu zgubiłem drogę. Ale prawda była inna. Od kilku dni słyszałem coś wieczorami. Bardzo cicho. Jakby suchy, rytmiczny stukot dochodzący z oddali. Myślałem, że to ktoś ćwiczy taniec. Że to echo z jakiegoś baru. A jednak ten dźwięk powtarzał się zawsze wtedy, gdy byłem sam. I zawsze dochodził jakby z tej samej strony miasteczka.
Tego dnia szedłem właśnie za tym dźwiękiem chyba nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Im głębiej wchodziłem w uliczkę, tym wyraźniejszy stawał się rytm. Klik… klik… klik. Powolny, hipnotyczny. W końcu zobaczyłem ją – starą kobietę siedzącą na niskim stołku przed maleńkim sklepikiem, którego witryna była niemal pusta. Na jej kolanach spoczywała kastanieta.
Nie była nowa. Drewno miało ciemny, niemal brunatny kolor, jakby nasiąknięte latami potu i kurzu. Sznurek łączący obie połówki był brunatny i jakiś dziwny, a na powierzchni widać było drobne pęknięcia. Instrument trzymała bardzo stara kobieta – drobna, z twarzą pomarszczoną jak wyschnięta morela. Gdy słowami wyguglowanymi z komórki zapytałem o cenę, zaczęła szybko mówić coś oczywiście po hiszpańsku. Jej głos był ochrypły, a ręce drżały, kiedy energicznie gestykulowała. Nie rozumiałem ani słowa. Miałem jednak dziwne wrażenie, że nie chce mi sprzedać tego przedmiotu. Kręciła głową, patrzyła na mnie uważnie, jakby próbowała coś wyczytać z mojej twarzy. W końcu wyciągnąłem kilka dodatkowych banknotów. Zawahała się. Spojrzała na pieniądze, potem znów na mnie. Jej oczy – czarne, nienaturalnie błyszczące – zatrzymały się na moment zbyt długi, zbyt intensywny.
Wzięła pieniądze. Oddając mi kastanietę, powiedziała jeszcze coś cicho. Tym razem bez gestów. Bez gniewu. Brzmiało to jak ostrzeżenie. A potem odwróciła się gwałtownie i niemal uciekła w głąb uliczki. Wtedy poczułem pierwszy chłód.
W Polsce rozpakowałem torbę późnym wieczorem. Mieszkanie było ciche, za oknem lutowa śnieżyca otaczała okolicę. Położyłem kastanietę na komodzie w salonie i, zmęczony podróżą, zasnąłem niemal natychmiast.
Obudził mnie dźwięk. Cichy. Suchy. Charakterystyczne klik… klik… klik.
Przez chwilę leżałem nieruchomo, próbując zrozumieć, czy to jeszcze sen. Dźwięk powtórzył się – tym razem szybciej. Rytmicznie. Jakby ktoś ćwiczył prostą sekwencję.
Serce zaczęło mi bić szybciej.
Wstałem i wyszedłem do salonu. Światło latarni zza okna oświetlało pokój bladą poświatą. Na komodzie – nic się nie poruszało.
Ale kastanieta leżała na podłodze. Byłem pewien, że zostawiłem ją na meblu.
Podniosłem ją. Drewno było ciepłe. Jakby ktoś trzymał je w dłoniach przez dłuższy czas.
Tej nocy już nie zasnąłem.
Następnego dnia próbowałem racjonalizować sytuację. Może spadła. Może to ja przez przypadek strąciłem i nie zauważyłem. Może... No właśnie każde tłumaczenie było jakieś gówniane. Postanowiłem instrument schować do szuflady biurka.
Drugiej nocy dźwięk wrócił. Tym razem głośniejszy. Szybszy. Nerwowy rytm wypełniał całe mieszkanie. Wybiegłem z sypialni – szuflada była otwarta. Kastanieta leżała na środku pokoju.
I poruszała się. Obie połówki uderzały o siebie same, jakby niewidzialne palce wybijały coraz bardziej gwałtowny rytm. Drewno drgało, podskakiwało minimalnie przy każdym kliknięciu.
Nagle rytm zmienił się. Stał się uporządkowany. Taneczny. A potem usłyszałem coś jeszcze.
Ciche, przeciągłe szuranie. Jakby ktoś stawiał kroki. Tuż za mną. Odwróciłem się gwałtownie. Nikogo nie było.
Ale w lustrze wiszącym w przedpokoju zobaczyłem cień. Smukłą sylwetkę kobiety z uniesionymi ramionami, jak w tańcu flamenco. Jej twarz była niewyraźna, rozmazana, lecz oczy… oczy błyszczały dokładnie tak samo jak oczy staruszki z Hiszpania.
Mrugnąłem. Cień zniknął. Kastanieta przestała grać.
Od tamtej pory każdej nocy słyszę ten rytm. Czasem wolny, melancholijny. Czasem szybki i agresywny, aż ściany zdają się drżeć. Próbowałem ją wyrzucić – następnego dnia leżała na moim stole. Zamknąłem ją w piwnicy – wróciła do mieszkania.
Wczoraj w nocy po raz pierwszy zobaczyłem wyraźnie tę... kobietę. Stała w rogu pokoju.
Ta sama stara kobieta. Tylko że już nie wyglądała na starą. Jej ciało było wyprostowane. Jej dłonie były silne, a w oczach płonęła dzika determinacja. Uniosła ręce i zaczęła tańczyć. Kastanieta grała w jej dłoniach, choć jednocześnie czułem ciężar drewna w swojej własnej kieszeni od piżamy.
Zrozumiałem wtedy. Ona nie chciała mi jej sprzedać. Ona chciała, żebym ją zabrał.
I kiedy piszę te słowa, słyszę znajome klik… klik… klik… tuż za plecami.
Nie odwracam się. Bo boję się, że tym razem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz