02 lutego 2026

Ślepak kaliber 7,62

 

Ślepak kaliber 7,62

Miałem wtedy dziesięć lat. Może jedenaście. Wiek, w którym człowiek myśli, że świat jest zupełnie inny niż ten na jaki wygląda. Wujek Józek przyjechał na przepustkę z jednostki wojskowej na tzw.” lewiznę”. Nie wiem co to znaczyło, ale był w mundurze polowym, nie takim jak na wcześniejszych przepustkach. Powiedział, że wpadł nas odwiedzić tylko na chwilę bo jest przejazdem służbowym samochodem.  Siedzieliśmy w  kuchni przy stole nakrytym ceratą w kwiatki. Mama smażyła placki ziemniaczane, tłuszcz skwierczał na patelni. Andrzej, mój kuzyn wcinał placki jeden za drugim, a wujek opowiadał różne historie. O żołnierzu, któremu granatnik niemal rozerwał twarz, bo ktoś nie wyjął zaślepki z lufy. O tym, jak huk potrafi zabić szybciej niż kula. O nocnych alarmach w lesie, kiedy człowiek zaciska zęby tak mocno, że rano bolą szczęki.

Potem wujek wstał, poszedł do przedpokoju i wyjmował coś z kieszeni kurtki kiedy na podłogę wypadło cos metalowego. Gdy zapytałem co to jest. Odpowiedział, że są to ślepaki. Takie ćwiczebne naboje kaliber 7,62. Chciałem żeby mi pokazał, ale wujek tylko przysunął dłoń bliżej mojej twarzy i powiedział cicho, ale twardo.  To nie zabawka. To niebezpieczna rzecz. Schował naboje do  kieszeni kurtki i ponownie wszedł do kuchni. Ja jednak już nie byłem zainteresowany tym co mówi. Mnie interesowały tylko te naboje. Wykorzystując to, że wszyscy byli zajęci rozmową zabrałem jeden nabój.

Następnego dnia jak nikogo nie było w domu zabrałem nabój do piwnicy. Owinąłem go mocno drutem. Przywiązałem go do półki regału w taki sposób, żeby swobodnie zwisał.   Pod spodem postawiłem świeczkę i zapaliłem knot. Zamknąłem drzwi piwnicy.  Oparłem się plecami o zimną ścianę i czekałem, wstrzymując oddech. Minęła minuta. Potem druga, ale nic się nie stało. Strach powoli ustępował miejsca rozczarowaniu. Pomyślałem, że to jednak głupia gadanina o jakimś niebezpieczeństwie, że dorośli jak zwykle przesadzają. Że i teraz też nic się nie stanie. Wróciłem do środka. Stałem może metr od naboju. Knot świeczki palił się fajnym płomieniem, a nabój jak zwisał tak zwisał. Sięgnąłem po stare kleszcze  i nachyliłem się, żeby zdjąć drut.

I wtedy świat eksplodował.

Huk był tak potężny, że w życiu bym się takiego nie spodziewał. Ze strachu, aż mnie zamurowało. Poczułem, że coś uderzyło mnie w czoło. Przez moment nie wiedziałem za bardzo co się stało. Potem poczułem ciepło. Nie ból, ale ciepło lepkie, spływające po twarzy. Dotknąłem czoła. Palce miałem czerwone. To była krew.

Kiedy trochę doszedłem do siebie  dotarło do mnie, że nabój nie wystrzelił  jak na filmach. On się rozerwał. Brutalnie. Chaotycznie. Kawałki mosiądzu wbiły się w regał, w ścianę, w powietrze wokół mojej głowy. Jeden z nich przejechał mi po czole jak brzytwa. Na moje szczęście tylko lekko kalecząc skórę nad okiem.

Dopiero po kilku dniach zdałem sobie sprawę z tego jak to mogło się skończyć. Mogłem stracić oko lub oczy, kawałki naboju mogły mi rozszarpać twarz lub w ogóle mogłem stracić życie

To jeden z wielu przypadków, które wydarzyły się w moim życiu i jeden z wielu, w którym ktoś nie dopuścił, aby stała mi się krzywda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Drganie Wszechświata

  Drganie wszechświata Moje widzenie często mięknie jak mgła o świcie Kontury płyną, rozpływa się czas i świat dookoła Już nie chwytam...