Avatar
w moich oczach
Wpatruję się w tę rzeczywistość
Pandora wdziera się we mnie gwałtownie
Jak uderzenie pioruna w serce
Niebieski blask Na’vi pali moje źrenice
Rozrywa duszę na pół
Jedną zostawia tu
Drugą rzuca w objęcia Eywy
Czuję, jak skóra Jake’a staje się moją
Jest ciepła, napięta, żywa
Jakby ktoś wlał mi w żyły płynny ogień Pandory
Wiatr z Hallelujah Mountains szarpie moje włosy
Wilgotny, dziki, pachnący wolnością
Ja krzyczę wewnątrz
Bezgłośnie, ale rozpaczliwie
Bo wreszcie oddycham naprawdę
Ikran nurkuje w moich tęczówkach
Jego krzyk rozdziera mi klatkę piersiową
Skrzydła tną powietrze
Tną moje lęki, a ja spadam
Nie w dół, lecz w górę
W bezkresną, pulsującą sieć życia
Moje łzy płyną strumieniem
Gorzkie i słodkie jednocześnie
Bo w tym świecie nie jestem już kaleki
Nie jestem zamknięty w metalowym trupie ciała
Jestem cały. Jestem połączony. Jestem u siebie
W tej sieci Eywy rozumiem nagle
Że Eywa nie rządzi siedząc na tronie z daleka
Nie jest ideą, nie jest nawet żadną boginią
Eywa jest samym życiem
Pulsującym, wspólnym
Jest każdym korzeniem, który splata się pod ziemią
Każdym neuronem we wszechświecie
Każdym oddechem Ikrana i każdym biciem serca Na’vi
Jest mną, gdy łączę się przez zrozumienie
I jest tobą, nawet gdy siedzisz w szarym pokoju na ziemi
Nie ma granic
Nie ma „ja” i „ty”
Jestem liściem, który drży na wietrze
Jestem Ikranem, który szybuje nad chmurami
Jestem górami Hallelujah, które unoszą się w ciszy
Jestem każdym Na’vi, który kiedykolwiek śpiewał pieśń
Jestem każdym człowiekiem, który zawsze tęsknił
Jestem gwiazdą, która patrzy na wszystko z oddali
I jestem tobą
Tak, właśnie tobą
Czytającym te słowa teraz
Bo wszyscy jesteśmy jednym oddechem wszechświata
Jedną nicią w splocie wieczności
Eywa nie rządzi
Eywa pamięta
Przechowuje każdy śmiech
Każdą łzę
Każdy krzyk bólu
W korzeniach
W nasionach
W sercach i duszy wszystkich
Nic nie ginie, wszystko wraca
Nasza energia nie umiera nigdy
Przepływa z ciała w ciało
Z gwiazdy w drzewo
Z człowieka w bestię
Z całego wszechświata w cały wszechświat
Śmierć to tylko zmiana formy w tej sieci
Dusza jest rzeką, która zawsze wraca do oceanu
A tam, poza czasem, poza imionami i twarzami
Jest miejsce ciche, bez podziałów, bez formy
Gdzie wszystkie strumienie spotykają się znowu
Gdzie zwierzęta, ptaki, rośliny
Gdzie ty i ja
Gdzie człowiek i każde inne stworzenie
Stajemy się jednym światłem
Jednym „my” – bez początku i końca
To miejsce nie jest daleko
Jest pod powiekami, gdy zamkniesz oczy
Jest w oddechu, gdy naprawdę przestaniesz się bać
Jest w chwili, gdy czujesz, że nie jesteś sam
Bo nigdy nie byłeś
Kiedy jednak ta rzeczywistość gaśnie w twojej duszy
Świat wokół staje się nagle szary
Ciasny, martwy i coś boli
Tak cholernie boli powrót
Z moich oczu wciąż bije ten błękitny żar
Krzyczy cicho
Nie zapomnij
Nie zostawiaj mnie tam samego
Wróć
Obiecaj, że wrócisz
Bo, dlaczego świat Pandory…
Taki… wydawałoby się inny
Nie może być światem…
Choć trochę prawdziwym???
Nie może
Bo on jest prawdziwy
Zawsze był
W Eywie, która łączy nas wszystkich
W jedności, która nigdy nie umiera
W miejscu, gdzie wszyscy jesteśmy już w domu