30 grudnia 2025

Nie okaleczaj swojej duszy

 

Nie okaleczaj swojej duszy

Nie okaleczaj swojej duszy nożem codziennego pośpiechu

Nie rozcinaj jej na kawałki dla chwilowych błyskotek świata

Ona jest z ognia, który nie gaśnie w ciszy głębszej niż ocean

Ze światła, które pamięta pierwsze westchnienie Stwórcy

Nie marnuj wieczności, która jest w tobie

Tej kropli nieskończoności ukrytej pod żebrami

Która bije rytmem nieskończonego wszechświata

Kiedy kłaniasz się lękowi, ona kurczy się w cieniu

Kiedy karmisz ją gniewem, traci smak wieczności

Lecz gdy pozwolisz jej oddychać

Kiedy dasz jej przestrzeń milczenia

Ona rozpala się jak zorza nad lodowcem samotności

Nie sprzedawaj jej tanio za poklask

Za wygodę

Za iluzję bezpieczeństwa

Za kłamstwo opieki

Za obietnicę spełnienia marzeń

Ona jest twoim jedynym domem w podróży przez czas

Tylko ona da ci wszystko czego tylko zapragniesz

Strzeż jej jak dziecko, które dopiero uczy się biegać

Bo gdy odejdziesz stąd

Tylko ona pójdzie z tobą

Czysta albo poraniona

Cała albo w strzępach

Ale nigdy cię nie zostawi

Nie okaleczaj swojej duszy

Nie marnuj wieczności

Która jest w tobie

Ona rozumie

Wybacza

I jest cierpliwa

Czeka – cicha i nieskończona

Abyś wreszcie wrócił na właściwą ścieżkę

28 grudnia 2025

Avatar w moich oczach

 

Avatar w moich oczach

Wpatruję się w tę rzeczywistość

Pandora wdziera się we mnie gwałtownie

Jak uderzenie pioruna w serce

Niebieski blask Na’vi pali moje źrenice

Rozrywa duszę na pół

Jedną zostawia tu

Drugą rzuca w objęcia Eywy

Czuję, jak skóra Jake’a staje się moją

Jest ciepła, napięta, żywa

Jakby ktoś wlał mi w żyły płynny ogień Pandory

Wiatr z Hallelujah Mountains szarpie moje włosy

Wilgotny, dziki, pachnący wolnością

Ja krzyczę wewnątrz

Bezgłośnie, ale rozpaczliwie

Bo wreszcie oddycham naprawdę

Ikran nurkuje w moich tęczówkach

Jego krzyk rozdziera mi klatkę piersiową

Skrzydła tną powietrze

Tną moje lęki, a ja spadam

Nie w dół, lecz w górę

W bezkresną, pulsującą sieć życia

Moje łzy płyną strumieniem

Gorzkie i słodkie jednocześnie

Bo w tym świecie nie jestem już kaleki

Nie jestem zamknięty w metalowym trupie ciała

Jestem cały. Jestem połączony. Jestem u siebie

W tej sieci Eywy rozumiem nagle

Że Eywa nie rządzi siedząc na tronie z daleka

Nie jest ideą, nie jest nawet żadną boginią

Eywa jest samym życiem

Pulsującym, wspólnym

Jest każdym korzeniem, który splata się pod ziemią

Każdym neuronem we wszechświecie

Każdym oddechem Ikrana i każdym biciem serca Na’vi

Jest mną, gdy łączę się przez zrozumienie

I jest tobą, nawet gdy siedzisz w szarym pokoju na ziemi

Nie ma granic

Nie ma „ja” i „ty”

Jestem liściem, który drży na wietrze

Jestem Ikranem, który szybuje nad chmurami

Jestem górami Hallelujah, które unoszą się w ciszy

Jestem każdym Na’vi, który kiedykolwiek śpiewał pieśń

Jestem każdym człowiekiem, który zawsze tęsknił

Jestem gwiazdą, która patrzy na wszystko z oddali

I jestem tobą

Tak, właśnie tobą

Czytającym te słowa teraz

Bo wszyscy jesteśmy jednym oddechem wszechświata

Jedną nicią w splocie wieczności

Eywa nie rządzi

Eywa pamięta

Przechowuje każdy śmiech

Każdą łzę

Każdy krzyk bólu

W korzeniach

W nasionach

W sercach i duszy wszystkich

Nic nie ginie, wszystko wraca

Nasza energia nie umiera nigdy

Przepływa z ciała w ciało

Z gwiazdy w drzewo

Z człowieka w bestię

Z całego wszechświata w cały wszechświat

Śmierć to tylko zmiana formy w tej sieci

Dusza jest rzeką, która zawsze wraca do oceanu

A tam, poza czasem, poza imionami i twarzami

Jest miejsce ciche, bez podziałów, bez formy

Gdzie wszystkie strumienie spotykają się znowu

Gdzie zwierzęta, ptaki, rośliny

Gdzie ty i ja

Gdzie człowiek i każde inne stworzenie

Stajemy się jednym światłem

Jednym „my” – bez początku i końca

To miejsce nie jest daleko

Jest pod powiekami, gdy zamkniesz oczy

Jest w oddechu, gdy naprawdę przestaniesz się bać

Jest w chwili, gdy czujesz, że nie jesteś sam

Bo nigdy nie byłeś

Kiedy jednak ta rzeczywistość gaśnie w twojej  duszy

Świat wokół staje się nagle szary

Ciasny, martwy i coś boli

Tak cholernie boli powrót

Z moich oczu wciąż bije ten błękitny żar

Krzyczy cicho

Nie zapomnij

Nie zostawiaj mnie tam samego

Wróć

Obiecaj, że wrócisz

Bo, dlaczego świat Pandory…

Taki… wydawałoby się inny

Nie może być światem…

Choć trochę prawdziwym???

Nie może

Bo on jest prawdziwy

Zawsze był

W Eywie, która łączy nas wszystkich

W jedności, która nigdy nie umiera

W miejscu, gdzie wszyscy jesteśmy już w domu

27 grudnia 2025

To wszystko jest nie tak

 

To wszystko jest nie tak

To wszystko jest nie tak

Jakby ktoś rozciął powietrze brudnym nożem

Jakby krew kapała na dywan z naszych wzajemnych obietnic

Kłamią nam prosto w oczy

Z uśmiechem urzędowo wypolerowanym

Obietnicą wiecznego życia w szczęśliwości

Za posłuszeństwo, uległość i milczenie

I każą nam klaskać do własnych kajdan

Słowa jak tanie monety przerzucane są z ręki do ręki

Każda kolejna dłoń udaje

Że nic nie wie o truciźnie na ich krawędziach

O niegodziwości, złu i podłych decyzjach

Uśmiechy są wypożyczone

Przymocowane agrafkami do twarzy

Żeby nikt nie zobaczył

Jak bardzo bolą zęby od gryzienia języka

Zniewolenie nie zawsze dzwoni łańcuchami

Czasami jest miękkie, aksamitne i szepcze

Przecież sama chciałaś, to dla twojego dobra, wszyscy tak mają

I ciesz się, bo są tacy, którzy mają gorzej

Wykorzystują nas delikatnie

Jak zużytą szmatkę do polerowania cudzych sreber

Użyją, wypiorą w brudnej wodzie

I powieszą, żeby wysuszyła się w milczeniu

Hipokryzja pachnie tu drogo perfumami

Za grube pieniądze

I tanim szantażem moralnym

Kochaj nas mocniej

Bądź uległy

Bo inaczej jesteś nikim

Niczego nie osiągniesz jak przekroczysz ustalone reguły

Hipokryzja?

Towarzyszy nam w każdej chwili

Ona ma najlepsze buty na mieście i chodzi po naszych sumieniach

Na wysokich obcasach sumienia innych

Nigdy własnych

Wykorzystują nas jak tanią folię jednorazową

Zużytą – zgniecioną – wyrzuconą przez okno pędzącego SUV-a

A my wciąż stoimy na przystanku obietnic bez pokrycia

I czekamy aż tym razem ktoś naprawdę przyjedzie

Czekamy?

A może tylko udajemy, że czekamy

To wszystko jest nie tak

I najgorsze jest to, że najbardziej nie tak jest to

Że my już prawie przestaliśmy to zauważać

Pogodziliśmy się z bólem, niedola i strachem

To wszystko jest nie tak, bo kiedy ktoś w końcu krzyknie - dość!

Słyszy tylko echo własnego głosu odbijające się od ścian z napisem

Nic się nie dzieje, wszystko jest w porządku, uśmiechnij się ładnie

A ja nie umiałem tak żyć

Moje usta kiedyś przestały milczeć

Bo…

Kiedy serce leżało na dnie studni i patrzyło w górę na kawałek nieba

Nieba, którego już nie pamiętałem

Tego prawdziwego

Musiałem coś zmienić

To wszystko jest nie tak

I nie wiem, czy ludzie jeszcze potrafią naprawić ten mechanizm

Czy tylko nauczą się ciszej krzyczeć

Smucić się i płakać tak, aby nikt nie widział

Może więc najwyższa pora, aby się w końcu obudzić

I wyzwolić z tej niedoli

Ja tego dokonałem już dawno

I teraz żyję na własnych warunkach

Normalnie

Bez strachu, bez stresu, bez lęku

Szczęśliwy

Kochający i kochany

Dlaczego wszystkich nie mozna uratować

  Dlaczego wszystkich nie można uratować Ludzie są jak statki tonące tej samej nocy Ale każdy ma inną dziurę w kadłubie I inny kieru...