Jak nauczyłem się grać na Frigondzie
Najpierw myślałem, że to tylko wiatr przeciąga struny w starej szafie na strychu
Potem, że ktoś cicho dmucha w pęknięty dzwon i dźwięk rozlewa się jak zimna oliwa
W końcu, że to jakaś nieziemska orkiestra na tajemniczych instrumentach wygrywa
Echo całego wszechświata
A potem…
Potem już wszystko było dla mnie jasne
Frigonda to jedyny w swoim rodzaju instrument
Nie ma klawiszy ani gryfu, tylko siedem cienkich, srebrnych nitek
Są one napięte między dwoma odłamkami lodu
Trzeba obchodzić się z nią bardzo delikatnie
Srebrne struny topnieją bowiem kiedy się na nie za długo patrzy
Frigonda to instrument z wyobraźni
Jest i nie ma go jednocześnie
… Musiałem go opanować
Uczyłem się grać w ciemności, bo światło ją peszy i wtedy milknie
Najpierw dotykałem opuszkami palców
Potem paznokciami, a potem samym oddechem
Pierwszy akord przyszedł we śnie
Jakby anioł zamarzł w połowie westchnienia
I resztką ciepła próbował przeprosić za to, że nie zdążył odlecieć
Nie ma na niej gam, są tylko temperatury duszy
I tchnienia gdy serce jest w połowie zamarznięte
A dusza poszukuje wciąż swojej ściezki
Frigonda wydobywa ton czysty jak poranna mgła nad jeziorem
Gdy serce jest rozpalone
Wyje jak stado wilków, które zapomniały, że kiedyś były psami
Dźwięki słowików, bażantów i anielskich churałów
Rozchodzą się w umysłach istot wolnych…
Później grałem kolejne akordy
Czasem gram na niej rzadko
Bo Frigonda nie lubi, gdy się jej używa do kłamania
Są dni, że bardzo często gram
Bo wtedy brzmi sercem wszystkich serc
Do marzeń lub tęsknoty za niewiadomym
Teraz gdy już umiem na niej grać to siadam w fotelu i zamykam oczy
Wolę słuchać jak sama gra, a szczególnie kiedy gra dla mnie
Cichutko, jakby przepraszała za to
Że jest piękniejsza niż wszystko, co umiem o niej powiedzieć
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz