Orszak smutnych Aniołów
W bladym zmierzchu, gdzie niebo już dawno umarło
Sunie orszak smutnych Aniołów
Jakby szły cienie ich samych
Skrzydła maja poszarpane
Ciężkie od deszczu i kurzu
Ciągną się po ziemi jak zapomniane szaty pogrzebowe
Nie ma trąb, nie ma blasku, tylko cisza tak gęsta dookoła
Że aż boli w piersiach
Oczy mają jak wypalone jeziora
W których odbija się pustka świata bez Boga
I ludzi, którzy odwrócili twarz od nieba na zawsze
Prowadzi ich Archanioł o twarzy z popiołu
Z mieczem stępionym od uderzania w próżnię
Za nim wloką się blade widma bez imion
Niosąc na ramionach zwiędłe resztki marzeń
Przechodzą przez ulice, gdzie nikt ich nie widzi
Dotykają zimnych dłoni tych, którzy już nic nie czują
Szeptem przypominają o miłości
Która zgasła zanim zdążyła się narodzić
Cicho, bez krzyku
A gdy świt próbuje rozedrzeć mgłę bladym nożem
Orszak rozpływa się w nicość bez śladu
Pozostaje tylko ciężar w sercu obserwatorów
Smutek wieczny, który nie pozwala już płakać
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz