Otchłań natręctwa
W ciszy nocy budzi się szept
Powtarza imię, którego nie chcę znać
Myśl wraca jak igła w tę samą ranę
Krwawi w głowie, nie zostawia śladu na skórze
Liczę kroki – raz, dwa, trzy, cztery
Drzwi muszą być zamknięte pięć razy
Bo inaczej świat się rozpadnie w proch wątpliwości i lęku
Dłonie myję, aż skóra pęka
Woda spłukuje brud, którego nie ma
A z lustra patrzy obce oblicze
Moje, lecz skrępowane łańcuchem rytuałów
Otchłań natręctwa nie ma dna
Tylko kręgi coraz ciaśniejsze
One wciągają w siebie światło dnia
Aż pozostaje tylko echo
Jeszcze raz, jeszcze raz, jeszcze raz...
I tonę w tym, co nie istnieje
W pułapce własnego umysłu
Gdzie wolność jest tylko słowem
Zapomnianym na brzegu przepaści
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz