Święta u Lucyfera
W piekle pachnie piernikiem i smołą
I chociaż piec się żarzy, to ciasto się nie przypala
Lucyfer w czerwonym swetrze z reniferem rozstawia choinkę z czarnych
Odwróconych i smutnych gwiazd
Na gałązkach wiszą dusze jak bombki
Lekko drżą, gdy dmucha w nie siarkowy wiatr
Pod spodem są prezenty dla grzeszników
Smutek, ból, przygnębienie i brak nadziei
Wieczne kajdany w złocie
Dla aniołów, którzy zbłąkali
I bilety powrotne, bez daty ważności
Kolęda leci z głośników
Ale odwrotnie
Lulajże Jezuniu
Brzmi jak
Wstawajże, leniu
Diabły w czapkach Mikołaja ciągną sanie zaprzężone
W polityków, księży i bogaczy
Wszyscy boleśnie piszczą
Wreszcie ktoś ich docenił
Przy stole siedzi Belzebub z tacą barszczu
Z uszkami nadzianymi kłamstwami wyborczymi
Bzdetami o nadziei i przebaczeniu
Asmodeusz kroi karpia, który wciąż żyje i błaga o litość po łacinie
Lucyfer wstaje i unosi kielich z gorąca lawą
Na zdrowie, skurwysyny!
Niech wam się pali dobrze w Nowym Roku!
A potem wszyscy śpiewają
Cicha noc, głośna noc, gorąca noc
Wszystko się pali i skwierczy
I nawet najgorsi grzesznicy na chwilę czują się jak w domu
Bo tu, u Lucyfera, Święta są szczere
Nikt nie udaje, że jest lepszy, niż jest
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz