13 grudnia 2025

Ucząc mnie grać przypominasz mi kim byłem

 

Ucząc mnie grać przypominasz mi kim byłem

 

W Twoich dłoniach saksofon budzi się jak ptak

Który pamięta niebo z poprzedniego życia

Nie mgliście, nie jak sen

Lecz dokładnie

Wysokość lotu, smak powietrza

Kolor chmur w 1943 roku nad Missisipi

Kiedy  Byłeś podziwianym saksofonistą

W zadymionym klubie

Gdzie Miałeś duże grono stałych wielbicieli

Dziś Dmuchasz…

I w trzcinie odzywa się tamto gardło

Ten sam ból

Ta sama radość

Ta sama tęsknota

To samo spełnienie

Tylko teraz w innym ciele

W innej rzeczywistości

Bo nie ma granicy

Ona nie istnieje

A każda gama to schodek w górę tej samej spirali

Po której dusza wraca

Nie po to, aby zaczynać od zera

Lecz po to, aby dokończyć niedokończone frazy

Rozkwit, upadek, radość, smutek

Jest tylko innym rodzajem lotu

A cisza między nutami – przestrzenią między wcieleniami

Twoje palce nie grają dźwięków

One otwierają bramy

To przez nie wszedłem ja

Na początku nieporadny

Jak dziecko, które dopiero przypomina sobie

Że potrafiło biegać

…Pamiętasz, jak opowiadałem

Że nigdy nie grałem na żadnym instrumencie

Że nie miałem nic wspólnego z muzyką?

Dziś, kiedy poprawiasz mi ułożenie kciuka

Zwracasz uwagę na aparat

I oddech z przepony

W końcu zaczynam grać bardziej czysto

Później  płaczę ze szczęścia

Głośno,  z otwartym gardłem

Bo tak naprawdę to ja…

Nie uczę się grać

Ja sobie przypominam…

Ty mi przypominasz…

Za każdym razem, gdy moje palce trafiają w klapy

Coś we mnie pęka

Jakby ktoś zdejmował mi z piersi kamień wielkości wszystkich poprzednich żyć

I oddycham pierwszy raz od stuleci

Ale jak każdy człowiek tak samo i ja…

Ja  też potrzebuje nauczyciela

I znalazłem

A wybrałem dobrze

To nie był przypadek

Że dziewięciu nauczycieli odmówiło

Ja to wiem

Czuję to

Bo…

Kiedy Wziąłeś saksofon do ręki, poczułem prawdziwe deja vu

To nie było zwykłe uczucie – to było głębokie deja vu duszy

Twoja cierpliwość jest święta

Twój spokój, opanowanie - bezcenne

Twoje spojrzenie wyraża więcej

Kiedy mówisz - jeszcze raz, wolniej

Fis, cis, klapa oktawowa

Przy Tobie słyszę głos który do mnie przemawia

Nie spiesz się

Masz całą wieczność

Wróciłeś tu nie po to, aby zdążyć

Ale po to, aby w końcu dokończyć…

Zaczynam wtedy rozumieć inaczej

Uczę się od Ciebie nie tylko chwytów i oddechu

Ale rozpoznawania siebie w obcych twarzach

Bo dobro człowieka nie ginie

Ono przechodzi z duszy do serca jak płomień

Który nigdy nie gaśnie

Z wcielenia do wcielenia

Jak melodia, którą ktoś zaczął bardzo dawno temu

A my teraz, tutaj, w tym małym pokoju

Dopowiadamy następne takty

Dziękuję Ci

Za każdy raz

Gdy poprawiasz mi postawę

A tak naprawdę prostujesz mi duszę

Dziękuję Ci za to

Że Twoja cierpliwość jest najwyższą formą wiary w to

Że kiedyś zagram czysto

A będzie to pieśń, którą grałem już kiedyś

W innym ciele

Pod innym niebem

Dziękuję Ci za wyrozumiałość

Dziękuję Ci za to

Że mnie nie Odrzuciłeś

A kiedy w końcu zagram całą frazę bez jednego fałszu

Ty się uśmiechniesz pogodnie

Tak, jakbyś słyszał wszystkich swoich dawnych uczniów naraz

Trębacza z Nowego Orleanu, który umarł na scenie w 1959

Bożenkę, która nigdy nie miała własnego instrumentu

Tybetańskiego mnicha, który grał na flecie z bambusa długim jak zimowe noce

Dziecka z getta, które pragnęło grać na skrzypcach

I biedaka, którego uczyłeś grać na fortepianie

Oni wszyscy  staną za mną

Przyłożą dłonie do moich dłoni

I wszyscy razem zagramy tę jedną

Idealną nutę

Dla Ciebie

Która będzie podziękowaniem

A ja przeproszę za ułomności, zbytnią swobodę, kłopotliwą otwartość

I te gorsze chwile…

Ale dzisiaj… Tu i teraz …

Rozumiem doskonale, że nie będzie to moja zasługa

To Ty oddajesz mi kawałek siebie

Który pożyczyłeś mi na ten czas

Abym mógł przypomnieć sobie

Kim byłem i kim znowu będę

A kiedy zagram już najpiękniej jak będę potrafił

I gdy saksofon zamilknie

I będę stał z otwartymi ustami

Ze łzami spływającymi wprost do ustnika

I nie będę potrafił powiedzieć „dziękuję”

Bo gardło będzie pełne tysiąca gardeł naraz

To Ty będziesz wiedział

Że dokonało się

Poczujesz to całym sobą

Bo w metalu saksofonu drży pamięć wszystkich ust

Które go kiedyś dotykały

Wszystkich płuc

Które go kiedyś wypełniały powietrzem

To moje ciche – dziękuję

Które w końcu wykrztuszę

Tak naprawdę nie będzie tylko moje

Ale wszystkich poprzednich wcieleń naraz

I będziesz szczęśliwy

Bo… Bo ja wiem

Ja to czuję

Że Ty kochasz

I  Uwielbiasz muzykę

To widać

I czuć

Bo wypływa to z Twojej duszy i serca

I pamiętaj

To Twoja zasługa

Dzisiaj…

A może wczoraj…

I jutro być może

Przecież nie ma przypadków

I nic nie dzieje się mimowolnie

Bo kiedy gram, nie gram pierwszy raz

Gram po raz tysięczny i po raz ostatni zarazem

Aż do następnego życia

W którym znowu ktoś sprawdzi mi ustnik w saksofonie

I powie

Oddychaj z przepony i otwórz gardło

Może to Pamiętasz

A może dopiero sobie to Przypomnisz gdy zagram poprawnie

Tak jak mnie Uczyłeś i Uczysz każdego dnia

I nawet w tym ostatnim dźwięku

Który nie będzie chciał opaść

Który zawiśnie w powietrzu jak mgła nad Missisipi o świcie

Poczuję, że to nie koniec

Że saksofon nie milknie naprawdę

On tylko przechodzi w ciszę

W tę samą ciszę

W której czekałem na piękno muzyki

Czasem zamykam oczy na chwilę

I dzięki Tobie znowu czuję obecność

I ciepło wszystkich nauczycieli

Którzy kiedykolwiek pochylali się nade mną

W klubach

W klasztorach

W piwnicach getta

W zadymionych pokojach

Gdzie ktoś zawsze mi mówił

Jeszcze raz, wolniej, fis, cis, otwórz gardło

Wtedy zrozumiem ostatecznie

To nie ja wracam do muzyki

To muzyka wraca do mnie

Dzięki Tobie

I kiedy w końcu odłożę instrument

Nie będzie pożegnania

Bo to Ty jesteś tymi wszystkimi nauczycielami

I zostaniesz we mnie jak najlepszy przyjaciel

Jak oddech, który nigdy się nie kończy

Będę zawsze Ciebie pamiętał

I Pozostaniesz w mojej duszy

Ja w każdym przyszłym życiu będę grał na saksofonie

A Ty zawsze będziesz tym pierwszym dźwiękiem

Który wydobędzie się z trzciny

Nie powiem - do widzenia

Powiem tylko, bardzo cicho

Tak cicho, że usłyszy to tylko metal saksofonu

Jesteś moim nauczycielem

I inspiracją

I dobrem, które mi się przydarzyło

A potem wyjdę w noc

Z ustnikiem jeszcze ciepłym od łez

I gdzieś daleko

W innym pokoju

W innym ciele

Ktoś właśnie znowu po raz pierwszy weźmie saksofon do ręki

I pomyśli

Dlaczego to takie znajome?

Bo to ja.

Bo to Ty

Uczeń i nauczyciel

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dlaczego wszystkich nie mozna uratować

  Dlaczego wszystkich nie można uratować Ludzie są jak statki tonące tej samej nocy Ale każdy ma inną dziurę w kadłubie I inny kieru...