Wołanie o naprawę duszy
W środku nocy, gdy zegar milczy
A serce bije jak pęknięty dzwon
Stoję boso na krawędzi siebie i wołam w pustkę
Napraw mnie
Mam w piersiach stos rozbitych luster
Każde odbicie krwawi innym grzechem
Słowa, które rzuciłem jak kamienie, teraz wracają i tną od wewnątrz
Duszo moja, poszarpana wiatrem lat
W Tobie same szwy i blizny
Jak stary płaszcz zszyty byle jak
Jeszcze trzyma kształt, ale już nie grzeje
Przyjdź, Światło ciche, bez gromów
Nie karz, tylko rozplataj węzły
Weź igłę z promienia
Nić z przebaczenia
I zszyj mnie na nowo, powoli
Niech rana stanie się oknem, przez które wejdzie poranek
Niech pęknięcie będzie bramą, którą wróci do domu Bóg
Napraw mnie, Panie, póki oddycham
Póki jeszcze potrafię płakać
Złóż mnie z powrotem w całość
Abym znowu mógł kochać bez lęku
Bo jeśli Ty nie przyszyjesz skrzydeł
Spadnę w siebie na zawsze
Wołam więc cicho
Jak dziecko w ciemności
Tato, napraw mnie… zanim się rozpadnę
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz