Czarny dym w samochodzie
To wydarzyło się w roku 2010. Jesiennym popołudniem. Służbowym Oplem Astra 1.7 CDTI sunąłem lewym pasem autostrady z Jeleniej Góry w stronę Katowic z prędkością, jakiej normalnie unikałem. 170–180 km/h. Nie było to jakieś szaleństwo, ale zdecydowanie więcej, niż lubiłem. Tego dnia jednak spieszyłem się. Nie jakoś tak bardzo, ale wystarczająco, żeby licznik nie chciał spaść poniżej 170. Warunki na drodze były idealne. Sucha nawierzchnia, mały ruch, silnik mruczał równo, radio cicho grało. Droga płynęła szybko, kilometry znikały niemal niezauważenie. Zjazd na Gliwice-Zabrze minąłem, nawet nie rejestrując dokładnie momentu. Jeszcze kilka minut spokojnej jazdy lokalną drogą… i nagle bez żadnego ostrzeżenia, bez zapachu spalenizny, bez migających lampek, bez czegokolwiek wnętrze samochodu wypełnił czarny, gryzący dym.
To nie było trochę dymu. To nie wyglądało jak coś się przypala. To była czysta, gęsta, oleista czerń, która wylewała się ze wszystkich nawiewów naraz. Jakby ktoś wcisnął przycisk uwalniający dym z komina. W ułamku sekundy przestałem widzieć drogę. W następnej sekundzie zobaczyłem lekkie płomienie ognia wydobywające się z nawiewu po stronie pasażera.
Czas zwolnił. Serce wbiło mi się w gardło. Adrenalina w jednej chwili zalała całe ciało. Wiele lat pracy w Policji, liczne szkolenia, doświadczenie, a przede wszystkim spokój i opanowanie spowodowały, że nie wpadłem w panikę. Zrobiłem dokładnie to, co w tamtej chwili wydawało się jedynym logicznym ruchem.
Zatrzymałem samochód, odpiąłem pas bezpieczeństwa, wyjąłem kluczyk ze stacyjki i wyszedłem z auta. Z pod maski leciała już czarna chmura.
Nie wymyślałem wtedy żadnych scenariuszy. Nie analizowałem. Działałem jak na autopilocie, który jak się okazało ktoś kiedyś bardzo mądrze zaprogramował w mojej głowie.
Z bagażnika wyjąłem gaśnicę 2 kg., która zawsze tam była. Uderzyłem ją o asfalt delikatne, ale pewnie żeby proszek się rozluźnił. Ponownie otwarłem drzwi od strony kierowcy. Dym buchnął mi prosto w twarz. Wciąż widziałem płomień w wywiewie. Na szczęście nie rozprzestrzeniał się dalej. Waham się może z pół sekundy, ale szybko położyłem dłoń na dźwigni otwierającej maskę i pociągnąłem ją. Następnie uchylam maskę tylko na kilka centymetrów – tyle, żeby gaśnica mogła wejść, a ogień nie dostał nagle tlenu jak przez otwartą bramę. Kilka krótkich serii proszku z gaśnicy wystarczyło i czarny dym zrobił się najpierw biały, a potem szary.
Przez chwilę zrobiło się cicho. Dopiero teraz dotarło do mnie jaki to dziwny i przerażający dźwięk rozchodzi się kiedy pali się silnik w samochodzie. Stałem tak jeszcze chwilę, trzymając gaśnicę jak coś co właśnie uratowało mi życie. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do mnie, że oddycham bardzo szybko i że ręce mi się trzęsą. Potem to już standard. Wezwałem pomoc drogową. Zgłosiłem szkodę do PZU. Samochód zabrano na lawetę, a ja bezpiecznie dotarłem do domu taryfą.
Kiedy już trochę ochłonąłem. Kiedy siedziałem bezpiecznie w wygodnym fotelu ze szklaneczką whisky w dłoni dopiero wtedy dotarło do mnie co tak naprawdę się wydarzyło i jak to mogło się skończyć.
Gdybym jechał dalej autostradą… Gdyby ogień wyskoczył kilka minut wcześniej, przy 180 km/h… Gdyby dym wypełnił kabinę przy tej prędkości i np. straciłbym przytomność… Gdyby gaśnica nie leżała w bagażniku… Gdybym nie wiedział, że trzeba uderzyć nią o ziemię… Gdybym spanikował i nie odpiął pasa…Gdyby auto wybuchło…
Mogłem skończyć jako spalony trup na środku autostrady. Mogłem skończyć jako nagłówek w lokalnych wiadomościach: Pożar samochodu na A4 – jedna ofiara. Mogłem po prostu już nie wrócić do domu.
A jednak wróciłem. Sam zatrzymałem auto. Sam się z niego wydostałem. Sam otworzyłem maskę. Sam ugasiłem pożar. Sam zadzwoniłem po pomoc drogową. Sam dojechałem do domu.
Teraz dopiero dotarła do mnie pełna skala tego, co się wydarzyło.
I wtedy, po raz kolejny poczułem coś, co trudno nazwać inaczej niż wdzięcznością wobec kogoś, albo czegoś, co również tego dnia wyraźnie nie chciało, żebym zginął.
Bo szanse, żeby wszystko potoczyło się dokładnie tak, a nie sto razy gorzej, były naprawdę małe. A jednak pomimo realnego zagrożenia utraty mojego życia wszystko skończyło się dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz