Demon w białych skarpetkach i różowym krawacie
Przyszedł cicho, bez siarki, bez huku płomieni
Tylko różowy krawat kołysał mu się jak szyld na wietrze
A białe skarpetk, nieskazitelne
Jak z reklamy proszku do prania
Błyszczały w półmroku
Nie miał rogów, nie miał ogona
Za to oczy jak dwie zgniłe śliwki
I uśmiech, który przypominał że ktoś kiedyś naprawdę w to wszystko wierzył
Cześć, powiedział miękko, jakby zamawiał latte z syropem malinowym
Przyszedłem po twoją duszę
Ale spokojnie
Zabiorę ją na raty
Usiadł na brzegu łóżka
Skrzyżował nogi tak
Że skarpetki zaświeciły jak małe latarnie
I zaczął opowiadać o wieczności
Jak o nowym sezonie hitu z netflixa
Nie kusił władzą, nie kusił seksem, kusił wygodą
Możesz mieć wszystko, powiedział
I nadal wyglądać jakbyś miał moralny komfort
Różowy krawat drgał lekko przy każdym jego kłamstwie
Jakby sam się trochę wstydził
Ale skarpetki, te były szczere
One po prostu istniały
Białe. Gładkie. Bez skazy
I to właśnie one najbardziej przerażały
Bo diabeł w czarnych szpilkach i czerwonej koszuli to coś
Co da się rozpoznać na kilometr.
A ten tutaj…
Ten wyglądał jak twój były kolega z roku
Który teraz robi karierę w marketingu i nigdy nie zapomina o urodzinach mamy
Więc kiedy wstał
Poprawił krawat
I powiedział
To co, podpisujemy?
I patrzył spokojnym, niewinnym wzrokiem
Czas jakby się na moment zatrzymał
Po chwili
Została tylko cisza i dwie białe plamy na ciemnym dywanie
Jak ślady po aniele, który zapomniał zdjąć buty
A potem spojrzałem w dół i zobaczyłem
Że moje własne skarpetki już nie są moje
Tylko jaśnieją tym samym mlecznym światłem
Którym świecą buty tych
Którzy nigdy nie wychodzą
A później…
Usłyszałem, jak cicho zamyka za sobą drzwi
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz