Nikt nie wie, jak bardzo samotni są kosmici na Ziemi
W nocy, gdy miasto zasypia w zimnym blasku neonów
Stoją na dachach wieżowców i patrzą na gwiazdy
Tak dalekie, że aż zmysły bolą
Te same gwiazdy, które kiedyś były domem
Teraz, tylko zimne punkty w czarnej otchłani
Do których nie prowadzi żadna droga powrotna
Ich skóra wciąż pamięta inną atmosferę
Ciepłą, gęstą, pachnącą żywicą gwiazd
I energii tutaj nieznanej
Włosy mają barwę gasnących mgławic
A w gardłach tkwią języki martwe
Słowa, których nikt tu nigdy nie usłyszy, nawet w snach
Rozmawiają rzadko
Z deszczem, który stuka w szybę jak obcy kod
Z kotem na parapecie, gołębiem i bezdomnym psem
Jedynym, który czasem spojrzy w ich oczy i nie odwróci wzroku ze strachu
W metrze kulą się w kącie wagonu, unikają spojrzeń
Bo ich oczy zbyt głębokie, zbyt czarne
Pochłaniają cudze pytania
Nim te zdążą się uformować w słowa
Są samotni i przeszyci tęsknotą
Nikt nie widzi, jak w środku krzyczą falami
Których ludzkie uszy nie rejestrują
A krzyk mają tak wysoki
Że rozrywa on ciszę tylko w ich własnych głowach
Kupują ziemskie produkty i uśmiechają się blado do kasjerki
A w piersiach noszą pustkę większą niż kosmos
Pustkę po dwóch słońcach, które kiedyś wschodziły razem
Jedno złote, drugie purpurowe, malując niebo w kolory
Których ziemski zmierzch nigdy nie pozna
Tęsknią za grawitacją, która pozwalała latać
Za powietrzem, które miało smak domu
Za matkami, których dłonie nigdy już nie dotkną ich twarzy w lustrze
Za głosami, które nie potrzebowały słów
Bo miłość płynęła bezpośrednio z serca do serca
Siedzą samotni w parkach na ławkach
Karmią gołębie okruchami swojego dnia
I patrzą w niebo, które jest piękne…
Ale obce
Jak uśmiech kogoś
Kto nigdy nie zrozumie ich imienia
Nikt nie wie, jak bardzo są samotni
Tak samotni
Że nawet własny cień odwraca się od nich o zmierzchu
Samotni jak gwiazda, która zgasła miliony lat temu
A jej światło wciąż dociera tu tylko po to
Aby przypomnieć, że nie ma już powrotu
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz