Nie tylko w miejskim szpitalu
Trupy w pidżamach i laczkach stoją na mrozie
Po operacjach i skomplikowanych zabiegach
Na wózkach inwalidzkich i z rękami w gipsie
Nawet gdy deszcz spływa po ich plecach
Nawet gdy wiatr i zawierucha targa ich koszulami
Stoją i trzęsą się z zimna
Worki na mocz kołyszą się im jak balony
Wenflony w dłoniach drżą w rytmie ich oddechu
Wężyki w nosie na chwilę tylko odłączone mają od tlenu
Ale wciąż stoją przed wejściem zgarbieni,
oparci o zimną ścianę
Palą papierosa za papierosem bez zastanowienia
Coca-cole litrami wlewają w schorowane gardła
I soki pełne szkodliwego cukru
Batony, lody i czekoladowe ciastka zajadają
non stop
Tłuste golonki, bigosy, kiełbasy i salcesony
Już nawet ich talerze krzyczą: Przestańcie, ale oni nie słuchają
Tylko chlipanie, łykanie, chrupanie, dym, łyk, chrup, dym
To nie lekkomyślność, ale głupota i
skrajny debilizm
W ich oczach widać pustkę i trupi jad
Ale nic nie budzi w nich obawy czy strachu
Nowotwory na które chorują są bez znaczenia
Nie czują trwogi przed ciężką agonią i zbliżającym się zgonem
I mimo deszczu, mimo mrozu, mimo lodowatego wiatru
Trupy wciąż stoją i palą. Piją i jedzą bez umiaru
Życie przechodzi obok nich bardzo szybko
A oni z pożółkłymi palcami, z wężykami w nosie
Z marnym oddechem
Po operacjach i skomplikowanych zabiegach
Na wózkach inwalidzkich i z rękami w gipsie
Z workami na mocz sami biegną do własnej śmierci
Nawet gdy czują, że jej ręka już zaczyna ich dotykać
To nie tylko obraz jednego, dwóch czy kilku szpitali
To lustro, w którym większość może zobaczyć siebie
Bo głupota i ignorancja przysłania
zdrowy rozsądek
A kretynizm i absurd codzienności staje się normą
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz