20 marca 2026

Nie tylko w miejskim szpitalu

 

Nie tylko w miejskim szpitalu

Trupy w pidżamach i laczkach stoją na mrozie

Po operacjach i skomplikowanych zabiegach

Na wózkach inwalidzkich i z rękami w gipsie
Nawet gdy deszcz spływa po ich plecach

Nawet gdy wiatr i zawierucha targa ich koszulami

Stoją i trzęsą się z zimna
Worki na mocz kołyszą się im jak balony
Wenflony w dłoniach drżą w rytmie ich oddechu

Wężyki w nosie na chwilę tylko odłączone mają od tlenu

Ale wciąż stoją  przed wejściem zgarbieni, oparci o zimną ścianę
Palą papierosa za papierosem bez zastanowienia

Coca-cole litrami wlewają w schorowane gardła

I soki pełne szkodliwego cukru

Batony, lody i czekoladowe ciastka  zajadają non stop
Tłuste golonki, bigosy, kiełbasy i salcesony
Już nawet ich talerze krzyczą: Przestańcie, ale oni nie słuchają
Tylko chlipanie, łykanie, chrupanie, dym, łyk, chrup, dym 
To nie lekkomyślność, ale  głupota i skrajny debilizm

W ich oczach widać  pustkę i trupi jad
Ale nic nie budzi w nich obawy czy strachu
Nowotwory na które chorują są bez znaczenia
Nie czują trwogi przed ciężką agonią i zbliżającym się zgonem

I mimo deszczu, mimo mrozu, mimo lodowatego wiatru
Trupy wciąż stoją i palą. Piją i jedzą bez umiaru
Życie przechodzi obok nich bardzo szybko
A oni z pożółkłymi palcami, z wężykami w nosie

Z marnym oddechem

Po operacjach i skomplikowanych zabiegach

Na wózkach inwalidzkich i z rękami w gipsie

Z workami na mocz sami biegną do własnej śmierci
Nawet gdy czują, że jej ręka już zaczyna ich dotykać

To nie tylko obraz jednego, dwóch czy kilku szpitali
To lustro, w którym większość może zobaczyć siebie
Bo głupota i  ignorancja przysłania zdrowy rozsądek
A kretynizm i absurd codzienności staje się normą

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie szukam juz drogi

  Nie szukam już drogi Nie szukam już drogi, nie dlatego, że jej nie ma Lecz dlatego, że przestałem wierzyć Że ktoś może znać ją lepie...