20 lipca 2025

Między niebem, a ziemią

 

Między niebem, a ziemią

Miałem wtedy dziesięć lat i chodziłem do czwartej klasy. Lato pachniało pyłem i świeżym betonem, bo całe osiedle wciąż było w budowie. Bloki rosły wokół jak zapałki wbite w ziemię. Dla nas, dzieciaków, to był dziki plac zabaw. Bez płotów, bez dorosłych. Bez granic.

Pewnego popołudnia, kiedy słońce wciąż stało wysoko, ale robotnicy już zeszli z rusztowań, włóczyliśmy się po jednej z budów. Dziesięciopiętrowy, surowy blok – dla nas olbrzym stał się fajnym miejscem do zabawy. Ściany z płyt betonowych, puste okna jak oczy bez źrenic. Echo niosło śmiechy i trzaski rozbijanych  cegieł.

Na ścianie budynku wisiała linka  elektrycznego wyciąg. Obok solidny silnik podłączony do skrzynki elektrycznej. Na stalowej lince, na końcu zwisał druciany uchwyt przy  pomocy którego wciągano wiadra z betonem. Jeden z moich kolegów wiedział, jak go uruchomić. Nie pytałem skąd. W tamtych czasach wystarczyło, że ktoś coś „umiał”, a reszta po prostu patrzyła z zachwytem.

Najpierw wciągaliśmy kawałki desek, potem cegły, a potem… nie pamiętam, co mnie podkusiło. Może chciałem zaimponować, może po prostu byłem głupi. Podszedłem do ściany i złapałem się oburącz za druciany uchwyt.

I wtedy to się stało.

Maszyna ruszyła. Zgrzytnęła, szarpnęła… a ja – zamiast stać na ziemi, zamiast od razu puścić … poczułem, że jadę w górę. Z początku myślałem, że to żart. Że zaraz się zatrzymają. Ale nie zatrzymali.

Zatrzymajcie to! – krzyknąłem. Nic. Żadnej reakcji. Może się bali. Może nie mogli. Może sami nie wiedzieli, co zrobili.

Jechałem w górę, coraz wyżej. Dziesiąte piętro rosło przede mną jak mur śmierci. Nie patrzyłem w dół, ale czułem – ziemia była już daleko. Bardzo daleko.

Palce zaczęły drżeć. Ciało oblewał pot, ale nie z wysiłku – z przerażenia. Wiedziałem, że nie dam rady długo się utrzymać. Drut wbijał się w skórę. Czułem, jak ucieka mi siła.

I wtedy, w samej ciszy, w tym zawieszeniu między niebem a ziemią, usłyszałem głos. Nie z dołu. Nie z góry. Z wnętrza.

– Trzymaj się. Dasz radę.


– Trzymaj się mocno.

To nie był mój głos. Ani głos kolegi. Był jak echo serca. Jak obecność, która była we mnie, ale nie była mną. Cichy i pewny.

I trzymałem się. Nie wiem jak. Nie wiem skąd.

Po chwili – może sekundzie, może wieczności – wyciąg znów ruszył. Tym razem w dół. Zjeżdżałem powoli, jakby ktoś wiedział, że każde szarpnięcie mogłoby mnie zrzucić. Kiedy wreszcie dotknąłem ziemi, nie puściłem uchwytu. Nawet gdy poczułem, że już stoję na ziemi. Jeszcze chwilę byłem tam, w górze – między strachem, a ocaleniem.

Wiem jedno. Coś wtedy mnie trzymało. Może nie tylko moje dłonie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Nie szukam juz drogi

  Nie szukam już drogi Nie szukam już drogi, nie dlatego, że jej nie ma Lecz dlatego, że przestałem wierzyć Że ktoś może znać ją lepie...