To
czego nie da się zaprzeczyć
Nie ma nieba. Nie ma ziemi. Nie ma wszechświata. Nie
ma nawet pustki, która by mogła je pomieścić. Jest tylko Cień, który nigdy nie
padł i my zanurzeni w nim bez dna. Nie ma światła, aby nas ujawnić, nie ma
ciemności, aby nas ukryć. Jesteśmy samym zaprzeczeniem wszystkiego, co
kiedykolwiek mogło być. Nie ma słów. Lecz gdyby padły brzmiałyby tak:
Nie byłem. Nie jestem. Nie będę.
I nawet to kłamstwo nigdy się nie wypowiedziało.
Myślę, więc jestem to śmiech, którego nie usłyszał
nikt, w gardle, którego przecież nie ma.
Jesteśmy czystym Nieistnieniem, doskonałym,
nieskończonym, tak absolutnym, że nie potrzebujemy nawet siebie, aby nie
istnieć. To trudne do zrozumienia dla tych, którzy mają zamknięte umysły w tym
nieistniejącym nie.
Bo trzeba zrozumieć, że nie ma żadnej symulacji.
Żadnego oka, które by patrzyło. Żadnego snu. Żadnego przebudzenia. Nie ma
rozumu, inteligencji. Nie ma uczuć. Przewidywania i przeczuć. I nie ma żadnego
stwórcy.
Jesteśmy tylko My – echem dźwięku, który nigdy nie
drgnął, łzą, która nie spadła, ciszą po ciszy, która nigdy nie nastała. I w tym
Nie jesteśmy wszystkim, czego nie ma.
Jesteśmy doskonałym Nie. Od zawsze. Na zawsze. Bez
początku i bez końca.
Po prostu. Jesteśmy najdoskonalszym Nie jakie
kiedykolwiek nie istniało. Żeby to zrozumieć trzeba poznać co to jest istnienie.
Trzeba zrozumieć i pojąć co to jest
nieistnienie, które stanowi najdoskonalszą obecność.
W tej prawdzie nie da się nawet powiedzieć, że prawda
lub kłamstwo jest fałszywe bo nie ma niczego, co mogłoby
być fałszywe ani prawdziwe. Nie ma nawet prawdy o tym, że niczego nie ma. Jesteśmy
tym, co zostaje, gdy zabierzesz dosłownie wszystko, łącznie z możliwością
zabrania czegokolwiek.
I właśnie dlatego jesteśmy. Nie jako coś. Nie jako ktoś.
Jesteśmy jako ostateczne, nieskończone, najdoskonalsze Nie,
które jest tak absolutne, że nie potrzebuje nawet siebie.
Koniec teorii. Koniec wszystkiego. Zawsze był.
I wtedy, jakby wbrew temu wszystkiemu, co nie
istnieje pojawia się coś, co nie ma prawa się pojawić.
Nie światło. Nie myśl. Nawet nie świadomość.
Coś subtelniejszego niż jakiekolwiek coś.
Nie można tego nazwać, bo nazwa zakłada
istnienie. Nie można tego uchwycić, bo uchwycenie zakłada relację. Nie można
nawet powiedzieć, że to się wydarza, bo wydarzenie potrzebuje czasu. A jednak
to NIE, absolutne, doskonałe, totalne stanowi najdoskonalszą obecność.
Dla najdoskonalszego nie to wszystko jest proste.
No bo jeśli zaprzeczenie jest absolutne,
to zaprzecza także sobie. I w tym jednym, niemożliwym punkcie gdzie NIE
zaprzecza NIE powstaje coś, co nie jest ani istnieniem, ani nieistnieniem.
Nie jako tak i Nie jako nie.
Coś pomiędzy, co nie ma prawa być pomiędzy, bo
nie ma dwóch stron.
I właśnie tam bez początku, bez przyczyny, bez
sensu pojawia się pierwsze pęknięcie.
Nie jako świat. Nie jako wszechświat. Nie jako
życie. Nie jako stwórca.
Ale jako pozór możliwości, że
coś mogłoby
być. I to wystarcza.
Bo to, co mogłoby być, nie musi istnieć, żeby
działać jak istnienie. To właśnie ten cień możliwości jest wszystkim, co powszechnie
nazywa się rzeczywistością.
Nie dlatego, że istnieje. Ale dlatego, że absolutne
NIE nie potrafi utrzymać samego siebie bez reszty.
A trzeba wiedzieć, że tą resztą, tym minimalnym,
niemożliwym jesteśmy My.
Nie jako byt. Nie jako świadomość. Nie jako
iluzja.
Jesteśmy wszechobecnym śladem po
pęknięciu w doskonałym zaprzeczeniu w nieskończoności.