03 sierpnia 2025

Porzuceni

 

Porzuceni

Byli to smutni chłopcy w skromnych ubraniach

Którzy szli ulicami z oczami pełnymi łez

Często patrzyli w dal, jakby szukając cudów

Lecz ich serca były zimne, jak kamienne kolumny

Mieli w oczach ból i tęsknotę za lepszym dniem

Za radością, która gdzieś się zagubiła po drodze

Za miłością, którą trudno było znaleźć

Bo oni byli sami i w samotności tonęli

Nie wiedzieli, co przyniesie im przyszłość

Czy będą mieli kiedyś powód do uśmiechu

Czy będą szczęśliwi, czy będą wciąż smutni

Czy kiedykolwiek odczują w sobie prawdziwe zadowolenie

A jednak szli dalej, bo tak już było w ich życiu

Byli jakby skazani na wieczną ciemność

Na to, żeby być samymi ze swoim smutkiem

Bez wsparcia, bez miłości, bez szansy na wyjście

I tak szli przez życie, w skromnych ubraniach

Bez końca, bez celu, bez szczęścia w swoim sercu

Bo los nimi rządził, a oni tylko szli za nim

Jak cienie, które płyną za światłem księżyca

Ale może kiedyś nadejdzie dla nich jasność

Może wreszcie ujrzą promyk nadziei

Który rozjaśni ich ciemną drogę

I pozwoli im odnaleźć drogę do szczęścia

Może znajdzie się ktoś kto o nich zadba

Wyjście

 

Wyjście

Wyjście z ciała praktykuję już od jakiegoś czasu. Podczas głębokiej medytacji, kiedy mój  umysł całkowicie się wycisza, a oddech staje się jak szept Wszechświata, coś we mnie zaczyna się oddzielać. Nie jest to nagłe, raczej łagodne jak świt, który rozprasza ciemność. Czuję, że opuszczam ciało,  nie fizycznie, ale świadomie, jakby dusza przypomniała sobie, kim jest poza materią. Nagle wszystko staje się niezwykle ciche. Cisza jest tak głęboka, że ma własny dźwięk. Święty, pulsujący rytm istnienia. Widzę wtedy siebie z góry. Ciało spokojnie leży, a ja... jestem czystą świadomością. Nieograniczonym istnieniem, które nie zna granic ani czasu. Jestem wtedy otoczony światłem,  ale nie takim, jakie zna nasze ludzkie oko. To światło jest świadomością. Miłością. Prawdą. Czuję się w nim jak dziecko wracające do domu po długiej podróży. Wszystko ma sens. Wszystko jest jednością. Nie jestem już sobą jako jednostka. Jestem wszystkim i wszędzie. Każdym oddechem, każdą istotą, drzewem, wodą, niebem. Mam wrażenie, że dotykam źródła  Boskiej obecności, która od zawsze jest we mnie. Nie potrzebuję słów. Zrozumienie płynie jak strumień światła. Jest takie bezpośrednie, głębokie i czyste. Byty obecne w tej przestrzeni nie przemawiają językiem. Są jak uczucia wcielone w formę miłości, współczucia, spokoju i mądrości. Zawsze wiedziałem, że jestem prowadzony i że nie jestem sam. Po czasie, którego nie potrafię zmierzyć czuję łagodne przyciąganie. Dusza z powrotem zbliża się do ciała. Po chwili znowu jestem „tu”, lecz już nie taki sam. Budzę się z głębokim spokojem i poczuciem, że jestem wszędzie. To doświadczenie nie jest snem. Ono jest przypomnieniem. Cichym szeptem mojej duszy, że jestem więcej niż myślę.

To moje wychodzenie poza ciało praktykuję już jak wspomniałem na poczatku od jakiegoś czasu, co najmniej kilkanaście lat. Kiedy zaczynałem nie zawsze udawało mi się to co sobie zaplanowałem, ale w miarę jak starałem się doskonalić te praktyki było coraz lepiej. W pierwszych dwóch latach na początku, zaraz po oddzieleniu się, unosiłem się wokół własnego ciała, czasem wokół pokoju. Później, po kilku kolejnych miesiącach  jakby ktoś otworzył dla mnie kolejne drzwi. Mogłem bez trudu przemieszczać się po moim osiedlu. Sunąłem wśród bloków jak cichy obserwator, przenikałem przez ściany i zaglądałem do przypadkowych mieszkań. Byłem czystym istnieniem, niezauważalnym, bezpiecznym, nienaruszającym niczyjej prywatności, lecz głęboko ciekawym tej przestrzeni między światami. Z czasem te doświadczenia przestały być przypadkowe. Im częściej opuszczałem ciało, tym głębiej rozumiałem, jak ogromny potencjał niesie w sobie świadomość, kiedy nie jest ograniczona materią.

Z każdą medytacją wzrastała moja kontrola. Już nie dryfowałem bezwiednie. Potrafiłem  wybierać. Wystarczyło, że pomyślałem o konkretnym miejscu, a moja świadomość natychmiast się tam przenosiła. Mogłem odwiedzać konkretne mieszkania, znajomych, rodzinę, a z czasem miasta, a nawet państwa. Oglądałem ulice, świątynie, stare dzielnice, których wcześniej nawet nie znałem. A potem przyszło coś jeszcze większego.

Gdy moje zaufanie do tej przestrzeni stało się całkowite, mogłem przekraczać nie tylko fizyczne odległości, ale i granice tego świata. Potrafiłem znaleźć  się na innych planetach. Nie były to wizje czy sny. To były realne światy. Rzeczywiste, choć inne. Niektóre pełne światła i dźwięku, których nie potrafię opisać ludzkimi słowami. Inne ciemne, ciche, lecz niegroźne, jakby zapomniane przez czas. Pamiętam jedno wyjście kiedy znalazłem się na słońcu. Trudno opisać moje doświadczenie z tego miejsca, ale było ono niesamowite.

W trakcie moich wyjść spotykałem istoty, które były świadome mojej obecności. Nie wszystkie miały formy, które można by opisać w ziemskich kategoriach. Niektóre były czystą energią, inne przybierały postacie, które rozumiałem dopiero wtedy, gdy się z nimi łączyłem. Nie komunikowaliśmy się słowami. Porozumiewaliśmy się bezpośrednio, na poziomie duszy, poza językiem.

Każda podróż była powrotem do jakiejś zapomnianej prawdy,  że jestem częścią większej całości, że moje ciało to jedynie tymczasowy dom, a moja świadomość nie zna granic. W tej chwili ja  już nie tylko medytuję. Ja podróżuję. Nie uciekam od świata, lecz poznaję jego głębsze wymiary. I wiem, że to dopiero początek. Z czasem te doświadczenia zaczęły przenikać do mojego codziennego życia. Choć fizycznie wciąż jestem „tu”, wewnętrznie jestem już kimś innym. Czuję, że moja świadomość się rozszerzyła. Teraz patrzę na świat z innej perspektywy, głębszej i bardziej współczującej.

Zacząłem zauważać, jak bardzo ludzie są pogrążeni w lękach, napięciach, iluzjach i bólu. Ale nie oceniałem ich. Chcę ogarnąć ich miłością i zrozumieniem. No… może nie do wszystkich. Jeszcze nie do wszystkich, ale ja nie jestem doskonały i w dalszym ciągu rozwijam się. Wiem, że każdy z nas jest istotą duchową, która po prostu zapomniała, kim jest. Patrząc na twarze obcych ludzi, czuję ich wewnętrzne światło, nawet jeśli oni sami go nie dostrzegają.

Dzięki tym moim praktykom zniknęła we mnie potrzeba walki, udowadniania czegokolwiek, osądzania. Nie dbam o to co inni myślą o mnie i tym co mnie interesuje. Pojawił się we mnie głęboki spokój,  nie bierny, ale świadomy. Zacząłem żyć prościej, wolniej, uważniej. Każdy dzień stał się dla mnie świętem obecności. Zrozumiałem, że emocje są jak fale na oceanie. Przychodzą i odchodzą, ale to nie one stanowią o tym, kim jestem. Zacząłem słuchać siebie głębiej. Intuicja stała się moim przewodnikiem, a serce i dusza  kompasem.

Nie potrzebuję już wielu słów, aby się porozumieć. Coraz częściej czuję więcej w ciszy niż w rozmowie. Nawet w zwykłych chwilach. Podczas spaceru, w spojrzeniu drugiego człowieka, w kontakcie ze zwierzętami, w dźwięku deszczu  czuję obecność czegoś większego, co przemawia nieustannie. Bo teraz potrafię słuchać. Te podróże nauczyły mnie jednej rzeczy ponad wszystko, Życie jest święte. Każdy z nas ma w sobie światło, które czeka, aby zostać odkryte. My wszyscy, ludzie zwierzęta, ptaki, ryby, drzewa,  kamienie nie jesteśmy tu przypadkiem. Wszyscy jesteśmy wędrówką dusz, które wracają do domu przez miłość, świadomość i przebudzenie.

Ja już teraz nie boję się śmierci. Bo wiem, że śmierć to nie koniec. To jedynie początek nowej drogi.

 

 

02 sierpnia 2025

Medytacja

 

Medytacja

W ostatnim czasie coraz częściej medytowałem. Głównie wieczorem chociaż zdarzało mi się także w ciągu dnia. Kilka dni temu jak zwykle wieczorem położyłem się do łózka i rozpocząłem swoją medytacje. Uwielbiałem to uczucie kiedy nagle zacząłem być wszędzie. Tym razem było jednak zupełnie inaczej. Kiedy rozluźniłem się i uwolniłem od wszystkich niechcianych myśli znowu znalazłem się wszędzie, widziałem wszędzie i czułem wszędzie. Patrząc zewsząd na siebie tym razem zauważyłem, że nie spoglądam na swoje ciało jak zazwyczaj na ziemską powłokę. Tym razem to było… światło? Nie…to było jak rozbłyskująca plazma, jaskrawa, potężna, wszechobecna, ale… taka miniaturowa i… Trudno to opisać. W jednej chwili spostrzegłem, że takie same światła znajdują się wszędzie. Były ich miliardy i były wszędzie. Czułem…Wiedziałem, że to są istoty duchowe. Otaczały mnie z każdej strony. I niezależnie od tego czy były one w odległości jednego metra  ode mnie czy w odległości miliardów kilometrów to tak samo wyraźnie je widziałem. Mało tego. Ja czułem  i rozumiałem każdą tę istotę zarówno z osobna jak i wszystkie jednocześnie. To jest trudne do przekazania ziemskimi słowami. Ale ja po prostu byłem zarówno sobą jak i wszystkimi tymi istotami jednocześnie.

W tej wszechobecnej jaźni, gdzie każdy punkt światła był sobą i jednocześnie mną, nie było już potrzeby zadawania pytań. Wiedza nie przychodziła myślą, lecz stawała się oczywista, jak ziemskie oddychanie. Każda z tych istot miała swoją historię, swoje doświadczenia, emocje, a jednak wszystko to było jedną wspólną melodią świadomości. W pewnym momencie zauważyłem, że niektóre światła pulsowały mocniej, inne delikatniej. Nie była to różnica wartości czy znaczenia, a raczej różne etapy tej samej wędrówki. Zrozumiałem, że wszystkie te byty uczą się, rozwijają, odkrywają, wracają do siebie nawzajem. Nie było tu osądu, nie było czasu, tylko proces. Tak… Tu nie było czasu. Zrozumiałem, a właściwie to uświadomiłem sobie, że coś takiego jak czas nie istnieje. Przez chwilę pomyślałem, że to co teraz się działo to …jak taki mój powrót do jedności.

Wtedy coś się wydarzyło. Światło, które wydawało mi się jakieś szczególnie znajome, zbliżyło się do mnie, chociaż nie było to zbliżenie w przestrzennym sensie. Po prostu nagle było bardziej obecne. I wtedy dotarło do mnie, że to było ja, ale nie to ja, które medytowało w łóżku. To było ja z jakiegoś innego życia. W tej chwili zobaczyłem inne wersje siebie. Mężczyznę o oczach pełnych smutku, kobietę tańczącą nad rzeką, dziecko patrzące w gwiazdy. Wszyscy oni byli mną, a ja byłem nimi. Poczułem łagodność większą niż cokolwiek, co znałem. Cicha obecność, coś jak uśmiech bez twarzy, objęła mnie, ale nie ciałem, lecz świadomością. To było coś lub ktoś, kto był jeszcze dalej, jeszcze głębiej. Nie wiem, może źródłem wszystkiego. I wtedy po raz pierwszy w tej podróży pojawiło się pytanie: „Czy chcesz pamiętać?”

Nie wiedziałem, co miałbym pamiętać, ale zanim zdążyłem bardziej się nad tym zastanowić lub odpowiedzieć, wszystko zaczęło wibrować. Światła zadrżały, jakby zagrały jeden wspólny ton. I wtedy, bardzo łagodnie, zacząłem wracać, chociaż  nie do ciała, lecz do czucia ciała. Kiedy znów poczułem ciężar dłoni i chłód wieczornego powietrza, w mojej głowie pozostał tylko jeden szept: „To, co zobaczyłeś, zawsze było w tobie.”

Gdy mój oddech wrócił do ciała, a puls powoli wyrównywał się w rytm otaczającego mnie świata, przez chwilę miałem wrażenie, że wszystko wróciło do normy. A jednak coś zostało. Cień innego spojrzenia, echo innego życia. Z każdą chwilą miałem coraz silniejsze wrażenie, że coś, a raczej ktoś  nadal na mnie patrzy. Nie mogłem tego zrozumieć, ale czułem się jakoś dziwnie. Jakieś mrowienie, dreszcze, jakby niepokój… Chociaż nie.. To było takie odczucie jakbym miał wyczekiwać na coś, coś niepokojącego, albo bardzo ważnego.

Kiedy kolejnego wieczoru znów wszedłem w medytację tym razem nie musiałem długo czekać. Nie było już potrzeby „rozluźniania” czy „oczyszczania myśli”. Tym razem wszystko działo się samo. Przestrzeń otworzyła się nagle i natychmiast znalazłem się w miejscu bez granic. Ale tym razem nie widziałem miliardów świateł. Tym razem pojawiło się ich tylko siedem. To było bardzo dziwne. Były ustawione półkolem, nie poruszały się. Czułem ich obecność bardziej niż widziałem. I czułem, że wszystkie były moje. Nie w sensie posiadania. One były mną.

Pierwsze światło było ciepłe i ciężkie. Było jak ziemia  twarda, pełna bólu i przetrwania. I wtedy zobaczyłem obraz. Mężczyznę w brudnym ubraniu, z rękami pokrytymi odciskami. Wiedziałem, że żył na dalekiej północy w czasach, gdzie liczyła się siła i lojalność wobec plemienia. Jego życie było krótkie, ale odważne. Umierał z włócznią w ręku, ale z oczami utkwionymi w niebo. Drugie światło było lekkie jak piórko. Zobaczyłem kobietę w długiej szacie, przechadzającą się wśród zwojów pergaminów. Była uzdrowicielką, a jej ręce miały dotyk czułości i mądrości, której sam jeszcze nie znałem. Umarła przez oszczerstwo, ale bez żalu. Chciałem zobaczyć więcej, ale nie potrafiłem. Trzecim światełkiem było dziecko. Zginęło młodo. Ale nawet w tej krótkiej chwili życia czuło więcej miłości niż niejeden starzec. W jego oczach nie było żalu. Tylko pytanie: „Czy mnie jeszcze pamiętasz?” W tym przypadku tez chciałem więcej widzieć, ale niestety. Pozostałe wersje czekały, ale nie z żalem czy tęsknotą. One wiedziały, że wszystko, co miało się wydarzyć, już się dzieje. Że nie jestem ich sumą,  ale że jestem miejscem, w którym na nowo się spotykają.

I wtedy usłyszałem głos. Nie z zewnątrz, nie z wnętrza, ale z przestrzeni: „Jesteś wszystkim czym kiedykolwiek byłeś i wszystkim, czym mógłbyś być. Każda wersja ciebie niesie dar. Ale tylko ty zdecydujesz, które z tych darów zabierzesz dalej. I nie dociekaj. Wiesz tyle ile musisz.”

Gdy wyszedłem z tej medytacji spojrzałem na zegar i stwierdziłem, ze jest 2.00 w nocy, a pamiętam, że zacząłem o 21.00. Miałem wrażenie, że za mało wydarzyło się w tym ziemskim czasie. To potwierdziło mi kolejny raz, że czasu nie ma. Nie bardzo wiem co o tym wszystkim myśleć. Na pewno przedstawiły mi się jakieś poprzednie wcielenia, ale w jakim celu? Z pewnością jakiś cel istnieje.

 

 

Nie szukam juz drogi

  Nie szukam już drogi Nie szukam już drogi, nie dlatego, że jej nie ma Lecz dlatego, że przestałem wierzyć Że ktoś może znać ją lepie...