07 stycznia 2026

Trzeba umieć się pojednać

 

Trzeba umieć się pojednać

W gardle to słowo się dławi

Przepraszam – jest trudne do wypowiedzenia

Jak gorąca łza, której nie chcesz puścić

Bo boisz się, że popłynie za nią wszystko

Staje ci kością w ustach

Wżera się w serce

Boli bardziej niż sama rana, którą zadałeś

A jednak przychodzi chwila

Kiedy nie wytrzymujesz już tego ciężaru

Drżysz i czujesz niepokój

Głos łamie się jak cienka gałąź pod śniegiem

Oczy mocno wilgotne kiedy w końcu patrzysz prosto

W te same oczy, od których wzrok odwracałeś  tyle razy

I mówisz. Cicho. Prawie szeptem

Zgłębi duszy

Tak od serca

Przepraszam

A wtedy świat na moment zamiera

Czujesz, jak coś w tobie pęka

Nie z bólu, lecz z ulgi tak wielkiej, że aż brakuje tchu

I ta druga osoba... też drży

Też ma łzy na krańcach rzęs

Bo przepraszam nigdy nie jest tylko słowem

To most z dwóch połamanych serc

To ręka wyciągnięta nad przepaścią

Gdy dotkniecie się palcami

Niepewnie, Ostrożnie

Przebiegnie przez was prąd cieplejszy niż jakikolwiek gniew

Nie naprawi to wszystkiego od razu

Blizny czasami zostaną

Ale wreszcie będą mogły oddychać

Trzeba umieć się pojednać

Bo bez tego miłość, szacunek i człowieczeństwo umiera w milczeniu

A życie jest za krótkie

Aby nosić w sobie ciężar niewypowiedzianego

Przepraszam

Gdy powiesz je szczerze

Poczujesz, jak wraca ci powietrze

Jak wraca do ciebie ktoś.

Kto zawsze był z tobą

Bo prawdziwa siła nie jest w tym

Aby nigdy nie zranić

Prawdziwa siła jest w tym

Aby uklęknąć przed raną

Którą sam zadałeś

I zasłużyć sobie na szacunek

Reinkarnacja to nie ściema

 

Reinkarnacja to nie ściema

Jedno życie – i tyle?

Jakby Stwórca rzucił kością tylko jeden raz i powiedział

A co mi tam…

To byłoby zbyt okrutne

Zbyt przypadkowe

I zupełnie nielogiczne

Dziecko umiera po trzech dniach

Czy to sprawiedliwe

Aby jego dusza nigdy nie zdążyła nawet zapłakać naprawdę?

Uśmiechnąć się tak na serio

Albo zrozumieć w ogóle kim jest

Człowiek spędza osiemdziesiąt lat w nienawiści

I nagle koniec

Bez szansy na zrozumienie

Bez lekcji

Bez szansy na poprawę, przeprosiny, przebaczenie

A inny rodzi się w bólu, w biedzie, w czasie wojny

I kiedy ma  nauczyć się kochać?

I żyć normalnie

Nie. To nie ma sensu

Wszechświat jest zbyt precyzyjny

Gwiazdy rodzą się i gasną w cyklach

Woda krąży od oceanu do chmury i z powrotem

Nawet atomy wędrują z ciała w ciało

Dlaczego tylko dusza miałaby dostać jeden bilet

I w jedną tylko stronę?

Reinkarnacja to nie bajka

To logika samego istnienia

Do życia wraca się ciągle

Z ranami z poprzedniego wcielenia

Z lękami, których nie rozumiesz

Z talentami, które przychodzą za łatwo

Z miłością od pierwszego wejrzenia

Wraca się, bo miłość potrzebuje więcej niż jednego życia

Aby w pełni rozkwitnąć

Wraca się, bo błąd potrzebuje więcej niż jednego upadku

Aby stać się mądrością

Wraca się, bo dusza jak dziecko

Uczy się powoli

Powtarza klasy

Przerabia lekcje

Rozwija się

Aż w końcu zrozumie

Jedno życie byłoby niesprawiedliwe

Zbyt krótkie na tak wielką naukę

Reinkarnacja to nie ściema

To miłosierdzie wszechświata

To logika serca, które wie, że raz to za mało

Aby nauczyć się kochać naprawdę

 

06 stycznia 2026

Mądrość starej duszy

 

Mądrość starej duszy

W moich oczach tysiące zmierzchów i świtów przeminęło

Rzeka czasu płynie cicho i nieustannie w moich żyłach

Widziałem korony królów w pył obrócone

Łzy matek, które w ciszy światy rodziły

Słuchałem szeptu wiatru w pradawnych dębach

Których liście opowiadały o przemijaniu

Widziałem więcej niż inni widzieli

Miłość do mnie przychodziła zawsze ta sama

Czasem jak zimowa nawałnica

Czasem spokojna jak letni poranek

Ale nigdy nie odchodziła

Pamiętam inne ciała, inne nieba

Pamiętam gdy byłem wojownikiem na stepach szerokich

Gdy miecz w dłoni trzymałem mocno

A serce pełne gniewu i chwały bolało

Jak śmierć przychodziła szybko

Jak jastrząb w locie

Pamiętam jak byłem kiedyś kobietą w ogrodach wiszących

Pachnących jaśminem i tajemnicą nocy

Byłem niewolnikiem i złodziejem

Bogaczem i pasterzem w górach wysokich

I młodzieńcem z niebieskimi oczami

Jak kochałam w cieniu palm

W blasku księżyca

I pod gwiazdami Babilonu

Byłem pływającym po morzach żeglarzem samotnym

A wiatr w żaglach niósł mnie ku nieznanym brzegom

Widziałem lądy tonące w zieleni i ogniu

A w oczach mych odbijały się sztormy wieczności

Byłem drzewem w lesie, które setki lat trwało

Korzeniami piłem wspomnienia ziemi

Liśćmi szeptałem modlitwy do słońca

I czułem, jak czas we mnie powoli się skręca

Byłem kamieniem i dzikim zwierzęciem

Byłem wszystkimi

Dziś nie gonię już blasku złudnych gwiazd dalekich

Bo wiem, że światło noszę w sobie od wieków

Bo wiem, że jestem wszystkimi

I teraz, w ciszy tej mądrości głębokiej

Nie potrzebuję już niczego szukać ni pragnąć

Jestem światłem czystym, które samo w sobie płonie

Blisko doskonałości w wiecznym spokoju tonie

Teraz w bezruchu serca, gdzie czas milknie

Nie pragnę już , nie szukam, nie wołam już nieba

W moim istnieniu kwitnie nieskończoność

Jak lotos na wodzie wieczności

Wszechświat nieskończony się cały otwiera

Już tylko jeden oddech do doskonałości pozostał

 A w tym oddechu cała wieczność się zawiera

 

 

Nie szukam juz drogi

  Nie szukam już drogi Nie szukam już drogi, nie dlatego, że jej nie ma Lecz dlatego, że przestałem wierzyć Że ktoś może znać ją lepie...