26 grudnia 2025

Wyzwolenie - Łzy i Wspomnienia

 

Wyzwolenie – Łzy i Wspomnienia

Dawno temu rozerwałem kajdany

Które kościelne dzwony wbijały w moje erce jak gwoździe

Pamiętam tę noc

Klęczałem w pustym kościele

Światło świec drżało na krzyżu

A ja…

Wstałem i powiedziałem: „Dość”

Szybkim krokiem wyszedłem na mróz

I po raz pierwszy od lat oddychałem bez winy

Potem przyszła kolej na naukowców

Siedziałem w bibliotece wśród stosów książek

Ich kłamstwa i zimne pewniki dusiły mnie jak pętla na szyi

Zamknąłem ostatnią stronę

Wyrzuciłem notatki przez okno i patrzyłem

Jak kartki wirują w powietrzu jak stado uwolnionych ptaków

Płakałem wtedy – z wściekłości i ulgi

Odrzucałem wszystkie wiary

Jedną po drugiej, jak stare, zgniłe skóry, które paliłem w ogniu

Pamiętam zapach dymu tamtego wieczoru

Gdy spaliłem różaniec babci i listy z dzieciństwa pełne strachu przed piekłem

Kiedy przestałem wierzyć w ludzkie przekonania

I wszystkie kłamstwa jakimi mnie karmiono

Ból był ostry, ale prawdziwy – wreszcie mój własny

Teraz stoję nagi pod bezlitosnym niebem

Wiatr szarpie mnie za duszę, a ja drżę – nie ze strachu

Lecz z rozkoszy wolności

Myślę jak wolna istota

A każda myśl wybucha we mnie jak grom

Dzika, nieposkromiona, moja aż do bólu

Czuję – i serce pęka mi z nadmiaru życia

Łzy płyną, bo wreszcie czuję naprawdę

Działam – i każdy krok to krzyk: jestem!

Jestem wszystkimi i wszystkim

Jestem pyłem gwiazd, który nagle zapłakał

Gdy zrozumiał, że zawsze był ogniem wszechświata

Pamiętam ten moment na wzgórzu

Gdy patrzyłem na Drogę Mleczną i po raz pierwszy poczułem

Że należę do niej – nie jako grzesznik

Nie jako obserwator

Lecz jako jej część, jej oddech

Jestem falą, która rozbiła się o brzeg raz na zawsze

I teraz płynie w nieskończoność

Wolna od powrotów

Pamiętam, jak stałem nad morzem o świcie

Wrzuciłem do wody ostatni medalik i krzyknąłem w stronę horyzontu

Jestem wolny! Nareszcie jestem wolny !

Fale odpowiedziały echem

W moich żyłach płonie ta sama święta furia

Która rozrywa czarne dziury i rodzi nowe słońca

Jestem częścią boskiej istoty

Nie jej błagającym dzieckiem

Nie jej drżącym sługą

Lecz samym płomieniem

Który JĄ stworzył i który teraz płonie jaśniej niż kiedykolwiek

Wolny. Całkowicie wolny.

I w tej wolności – rozrywa mnie ekstaza bycia

Płaczę ze wspomnieniami bólu i radości

Śmieję się, bo przetrwałem

Bo zrozumiałem co to znaczy być wolnym

Zrozumiałem co to znaczy wyzwolić się

Żyję. Nareszcie żyję

Żyję naprawdę, całym sobą

 

 

24 grudnia 2025

Czy dla każdego musi być miejsce przy stole?

 

Czy dla każdego musi być miejsce przy stole?

Wigilia. Śnieg skrzypi pod butami gości

W kuchni pachnie barszczem i smażoną rybą

Kapustą z grzybami i makowcem

Stół nakryty białym obrusem

Talerze poustawiane w rzędzie czekają na swoją chwilę

Dwanaście krzeseł. Dwanaście imion. Dwanaście potraw

Jedno wolne – tradycja każe zostawić dla wędrowca

Dla niespodziewanego, dla tego, który może nigdy nie przyjdzie

To ważne, wolne krzesło być musi

Ale…

Za oknem to nie wędrowiec się czai

Za oknem stoi człowiek bez płaszcza

Z rękami w kieszeniach dziurawych spodni

Zmarznięty, smutny i zamyślony

Patrzy na ustrojoną choinkę w cudzym mieszkaniu

Czuje zapachy wydobywające się z okien

Łzy mu spływają po zimnych policzkach

Czy dla niego też może znajdzie się miejsce?

Czy ktoś go w ogóle zauważy?

Przecież wystarczy tylko przesunąć talerz babci

Odsunąć krzesło wujka

Żeby zmieścił się ktoś, kogo nie znamy?

Pierwsza gwiazdka na niebie rozbłysła

Spostrzegli ją…

… i jego też zauważyli

Małą dziewczynka mówi „Mamy wolne krzesło- zmieści sie”

Chłopczyk dodaje: niech usiądzie z nami

Ojciec milczy i kroi karpia

Jak by to była najważniejsza rzecz na świecie

Matka szoruje garnek po bigosie

Chociaż to nie jest odpowiednia pora

W telewizji śpiewają kolędy

Pod stołem kot zwija się w kłębek

A pies jak zwykle czeka, aż coś spadnie ze stołu

Wszyscy goście zrobili się nagle głusi i niedowidzący

A przecież nie chodzi o bzdurną tradycję

O zasady, których nikt nie chce rozumieć

Może chodzi o to, żeby sercem spojrzeć na świat

I duszę nie tylko swoją uradować

Może chodzi o to

Żeby nikt nie musiał stać w śniegu i patrzeć

Na puste krzesło

Na cudze ciepło, radość i rodzinne szczęście

Żeby choć przez chwilę nie był samotny i odrzucony

Bo tak naprawdę to stół jest większy niż się wydaje

I miejsca jest dużo gdy serce pozwala

A nadmiar jedzenia i tak wyląduje w smietnbiku

Czy dla każdego musi być miejsce?

Nie musi

Ale może być i powinno

A wtedy to już wystarczy

Żeby światło nie gasło za szybko

Żeby łzy nie musiały spływać po zimnych policzkach

Nie trzeba cudów i niestworzonych rzeczy wyczyniać

Wystarczy żeby człowiek człowiekowi był człowiekiem

 

23 grudnia 2025

Jak nauczyłem się grać na Frigondzie

 

Jak nauczyłem się grać na Frigondzie

Najpierw myślałem, że to tylko wiatr przeciąga struny w starej szafie na strychu

Potem, że ktoś cicho dmucha w pęknięty dzwon i dźwięk rozlewa się jak zimna oliwa

W końcu, że to jakaś nieziemska orkiestra na tajemniczych instrumentach wygrywa

Echo całego  wszechświata

A potem…

Potem już wszystko było dla mnie jasne

Frigonda to jedyny w swoim rodzaju instrument

Nie ma klawiszy ani gryfu, tylko siedem cienkich, srebrnych nitek

Są one napięte między dwoma odłamkami lodu

Trzeba obchodzić się z nią bardzo delikatnie

Srebrne struny topnieją bowiem kiedy się na nie za długo patrzy

Frigonda to instrument z wyobraźni

Jest i nie ma go jednocześnie

… Musiałem go opanować

Uczyłem się grać w ciemności, bo światło ją peszy i wtedy milknie

Najpierw dotykałem opuszkami palców

Potem paznokciami, a potem samym oddechem

Pierwszy akord przyszedł we śnie

Jakby anioł zamarzł w połowie westchnienia

I resztką ciepła próbował przeprosić za to, że nie zdążył odlecieć

Nie ma na niej gam, są tylko temperatury duszy

I tchnienia gdy serce jest w połowie zamarznięte

A dusza poszukuje wciąż swojej ściezki

Frigonda wydobywa ton czysty jak poranna mgła nad jeziorem

Gdy serce jest rozpalone

Wyje jak stado wilków, które zapomniały, że kiedyś były psami

Dźwięki słowików, bażantów i anielskich churałów

Rozchodzą się w umysłach istot wolnych…

Później grałem kolejne akordy

Czasem gram na niej rzadko

Bo Frigonda nie lubi, gdy się jej używa do kłamania

Są dni, że bardzo często gram

Bo wtedy brzmi sercem wszystkich serc

Do marzeń lub tęsknoty za niewiadomym

Teraz gdy już umiem na niej grać to siadam w fotelu i zamykam oczy

Wolę słuchać jak sama gra, a szczególnie kiedy gra dla mnie

Cichutko, jakby przepraszała za to

Że jest piękniejsza niż wszystko, co umiem o niej powiedzieć

Nie szukam juz drogi

  Nie szukam już drogi Nie szukam już drogi, nie dlatego, że jej nie ma Lecz dlatego, że przestałem wierzyć Że ktoś może znać ją lepie...